Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-02-26

Diuk Skusikula

Czasownik

Życie jako rzeczownik być może dużo bardziej skomplikowane niż jesteśmy zdolni przypuszczać, a życie jako czasownik być może o wiele prostsze i przyjemniejsze niż dalibyśmy wiarę.

Tytułem wstępu chciałbym zauważyć kilka faktów synchronicznych. Opublikowałem swój pierwszy tekst na Tarace prawie rok temu, a potem przez długi czas nie miałem przestrzeni na nic poza pracą. To z kolei zaowocowało kolejnym tej pracy porzuceniem i całkowitym zbiegiem z okoliczności. Od grudnia przebywam w Ameryce Południowej, odzyskując znów to, co dla mnie ważne, po zbyt oddanym poświęceniu się korporacji medialnej. To trzeci raz w moim życiu, kiedy porzucam pracę i czynne uczestnictwo w systemie, nie potrafiąc pogodzić tychże ze ścieżką ni twardą ni miękką i schodząc wtedy po prostu na manowce. Ostatnio taki krok poczyniłem w 2008 roku i przez cały 2009 zajmowałem się działalnością, której intencją nie był zysk ani zdobywanie pożywienia. W tym czasie opisałem też szereg zdarzeń i doświadczeń w jakich dane mi było brać udział. Wiele z nich wydarzyło się w pewnym mieszkaniu na warszawskim Powiślu, w którym przez dwa lata mieszkałem, a niedługo po mnie Nes Kruk, z którym przez prawie rok w tym mieszkaniu wspólnie prowadziliśmy działania magiczne, ceremonialne, wizyjne, uzdrawiające i inne. Mieszkanie to stoi na miejscu wyjątkowym, w którym jak niezależnie obaj dostrzegliśmy w naszych wizjach, kiedyś istniała świątynia związana z kultem wody. Jako że mój pierwszy opublikowany na Tarace tekst, jak również tekst obecny, napisany w lutym 2009, opisują zdarzenia z tego samego mieszkania, a nawet z tego samego pokoju, co ostatnio opublikowany tekst Nesa, uznałem za zasadne napisanie krótkiego wstępu, wskazującego na te zbieżności i wzajemnie linkującego ze sobą te eseje.

Był 09 lutego 2009, poniedziałek. Zajmując się magią zacząłem komunikować się z rzeczywistością na bardzo subtelnym poziomie, nie umknęło więc mojej uwadze, że na niebie nad pociągiem, którym wracałem do miasta, przecięły się lecące w przeciwnym kierunku (tudzież zwrocie) trójki ptaków. Strzałki zwrócone ostrzami do siebie, symbol chaosu, powstania, spotkania i zderzenia. Wróciłem do domu. Kiedy otwierałem drzwi dzwonił telefon. Zdziwiłem się, że w ogóle jest włączony i tym bardziej ciekawe było komu udało się mnie złapać. Dzwonił przyjaciel, muzyk, z następującą informacją: jutro w południe wylatuje, po kilkudniowym pobycie w Polsce, południowo-amerykański szaman, który miał tutaj serię spotkań i ceremonii. Jest szamanem tamtejszych roślin, pejotlu i ayahuaski. Tej ostatniej nocy w Polsce postanowił zrobić coś po raz pierwszy w życiu. Coś z czym nosił się od lat, ale duch nie mówił mu, że już czas. Okazji było wiele, ale zawsze odmawiał. Tutaj, w Warszawie, postanowił poznać nowego ducha, dzieło destylacji alchemika Alberta Hofmanna, zapraszając go wspólnie z grupą przyjaciół w poprowadzonej przez siebie ceremonii, na sposoby, których używa do spotkań ze „swoimi” duchami. Informacja była dla mnie elektryfikująca. P. postanowił zaprosić mnie do udziału w tym spotkaniu, czym poczułem się zaszczycony. Co więcej, na informację, że jeszcze nie wiadomo gdzie, bo coś tam, zaproponowałem, że może się to odbyć u mnie w domu, rozumiejąc już, że to nie zaproszenie ale decyzja. Lejek się ujawnił. Była pełnia, co było już raczej oczywiste. U mnie w domu, w miejscu, gdzie od kilku miesięcy odprawiałem magiczne rytuały i zajmowałem się intensywną praktyką duchową, szaman z Ameryki ma się zapoznać z młodym duchem ludzi zachodu, który pachnie niczym polany cytryną czerstwiejący razowy chleb. Byłem zauroczony. Przygotowywałem mieszkanie na przyjęcie gości.

Wieczór wcześniej pracowałem nad pewnym tekstem, dotyczącym doświadczania niedoświadczalnego czyli zagadnienia po-nieskończoności. Według wiedzy naukowej na temat zarówno umysłu, jak i mózgu, na dzień dzisiejszy wnioskujemy, że rozpoznać, czyli też doświadczyć możemy jedynie tego co już znamy. Jest to pewna teza (hipo), z którą nie do końca się zgadzam, aczkolwiek wiele z moich doświadczeń ‘nowego’ nosiło w sobie pewien ton przypomnienia. Uważam, że chodzi o technologie służące poznawaniu nowego, a przypomnienie, które czujemy, jest związane z dostępem do kolektywnego oceanu archetypów. Novem to dziewięć po łacinie, ennea to dziewięć po grecku, w obu tych językach dziewiąty znaczy też nowy. [łac. novus – nowy, gr. nea – nowa. Przyp. red.] Podobne znaczenia są też w hebrajskim i aramejskim. Mamy według niektórych naukowców osiem obwodów umysłu, cztery mają ośrodki w jednej półkuli, cztery w drugiej, stanowią osiem szczebli drabiny jakości doświadczeń. Oktawę. Matryca osiem na osiem, czyli 64 bity to więcej niż potrzeba dla zbudowania życia na ziemi, 64 kodony posiada DNA. Tyle samo jest heksagramów I-Ching, pól szachownicy i pozycji kamasutry, na takiej matrycy buduje się dziś komputery i jak mówią elektronicy, trudno sobie wyobrazić, po co mogło by nam być więcej, uwzględniając całe znane im science fiction. Są tacy, którzy twierdzą, że z ‘ósmego szczebla doświadczeń’ wracają nauczyciele duchowi w laurowych złotach i białych togach. Ci, którzy robią kolejny krok odkrywają nowe. To właśnie zdaje się być nazywane zen. Dlatego nie można o nim mówić, bo jest ciągle czymś innym i nowym. Teza i kierunek poszukiwań w tym, co pisałem uprzedniego wieczoru w Milanówku mogłyby brzmieć: czy można poszukiwać doświadczeń, pamiętając, że to, co zdołamy rozpoznać nie będzie już nowym; iść dalej, kiedy wydaje nam się, że to już szczyt. Niezła szarada. Nie zdziwiło mnie w związku z powyższym, że na ceremonię przyszło osiem osób, pośród których była jedna tylko kobieta. Ośmiu mężczyzn i jedna kobieta. Musiałem się powstrzymywać od egzaltacji, bo powoli zaczynało do mnie docierać, że znajduję się w napisanym przez siebie programie.

Do pierwszego indukowanego doświadczenia psychemimetycznego, my ludzie, przygotowujemy się na formę halucynacji, dopiero potem uczymy się powoli, że halucynacją jest nasze tak zwane codzienne doświadczenie. Im większe umiejętności i wprawa w takich podróżach, tym wyżej można się wspiąć po drabinie kolejnych odwrotek w tym, co nazywamy trzeźwością, świadomością i uważnością. A set and setting, czyli przygotowanie i nastawienie stanowią klucz do tego, czego i jak możemy doświadczyć.

N. wkroczył w bramy nowego z dozą ciekawości i kroplą nieufności. Nowo poznany duch okazał się być nie gorszym katalizatorem w jego pojęciu od tych, które znał. Choć czytałem nie raz o szamanach i szamankach akceptujących współmierność laboratoryjnie katalizowanych duchów, ciekawie było usłyszeć i zobaczyć to na własne zmysły. Organoleptycznie należałoby rzec. Ten doświadczony szaman, który znalazł się nagle w moim pokoju, zaprowadził mnie w miejsca bardzo dalekie od naszych ciał i zrobił to na sposoby, jakie nie były mi znane. Komunikacja odbyła się tylko poprzez silnie skoncentrowane patrzenie sobie w oczy. Zdawała się być transferem doświadczenia. Tysięcy lat doświadczenia w wielu aspektach; tych, które jest w stanie pojąć pojmujący. W którymś momencie po takim długim kontakcie wzrokowym ze mną, kiedy czułem od niego taką ‘transmisję danych przez formę’ dotarło do mnie zdumienie z jego strony, jak wiele mogę przyjąć, odezwał się nagle, nazywając mój stan „divine awarness” po czym dodał „in a shamanee way”. Fakt, że się odezwał, był uziemiający jak zaciągnięcie świętym tytoniem mapacho. Sprowadził nas niejako tymi słowami z powrotem na Powiśle, nie burząc jednak skoncentrowanego patrzenia w oczy. Jego nazwanie tej sytuacji słowami było dla mnie szokujące. Trochę jak zdradzenie tajemnicy, dopowiedzenie niedopowiedzianego. Zrozumiałem, że aby to pobrać, musiałem mieć coś adekwatnego na wymianę, rodzaj tarczy doświadczeń, adekwatnie doszlifowane lustro. Trwając w swoim stanie, który w tamtym momencie niejako antropomorfizował we mnie, już tylko i jednocześnie aż, przestrzeń całego pokoju i obecnych w nim gości, nie czując bicia własnego serca, zrozumiałem słysząc te słowa pewien sens takiej formy opuszczania ciała, jako właśnie antropomorfizację kolejnych kwantów czasoprzestrzeni poprzez poszerzanie swojej skoncentrowanej uwagi na coraz większy jej wycinek. W tym wypadku, z przewodnikiem. Taką przestrzenią może być cokolwiek – zdarzenia, emocje czy nawet sam język. Postrzeganie każdej nowej informacji nie jako osobnej kropli ale jako wzoru, który ta kropla rysuje na wszystkim, co już wiesz. Jedynie pozwalanie każdemu nowemu bodźcowi dowolnie według jego potrzeb zmarszczyć naszą powierzchnię i wniknąć mu w naszą toń aż do całkowitego zasymilowania pozwala nam rosnąć. Jak zawieszona w próżni kula wody. N. zrobił poważniejszą minę i spytał mnie: „Ok, but can you take yourself out of there?”. To było jak oberwanie kijem od mistrza zen. To było niesamowite, bo zorientowałem się, że mógłbym nie móc. Pomyślałem, że ciekawe, co by mi zaczął śpiewać i grać, gdybym pozostał milczącym posągiem. Sam zadałem sobie pytanie, czy aby na pewno potrafię wrócić. Rozważałem pozostanie w milczeniu. Bo z milczeniem być może tak, że w nim jedynie może zawierać się zjawisko, które chcemy nazywać prawdą i w życiu pełnym żartów i paradoksów nie jest istotne, jaka jest przyczyna milczenia. Bo „milczenie” i „przyczyna” to słowa, a słowa mogą opisywać zawsze tylko fragment zjawiska, a ich wiele – większy fragment, ale i tak mało kto pamięta poprzednie słowa słuchając nowych. Wszystkie poprzednie słowa. Uśmiechnąłem się na pytanie N. i powiedziałem: „Of course”.

N. jest heyoką wśród szamańskiej starszyzny. Heyoka to błazen, często złośliwy błazen. W indiańskiej nomenklaturze to też funkcja w kręgu szamańskim. Dlatego właśnie postanowił w życiu przekroczyć roślinną tradycję swego dziedzictwa, żeby samemu zweryfikować różnicę. Wiele mi dał ten przypadek do myślenia, jako że sam od lat identyfikuję się z archetypem głupca, błazna i jokera, a N. potwierdził to, niejako obiektywnie, przyznając na koniec, że widzi we mnie swoje odbicie i podarowując pióro ze swojej grzechotki. Nasz dialog polegał głównie na energetycznych informacjach, które łączyły w sobie zmysły i emocje. Dla nieprzygotowanego umysłu mogą to być i halucynacje, bo nie zna języka, żeby to opisać i tworzy „coś”. Dla jednego bestia, dla drugiego fraktal. Sekwencyjny opis struktur budujących rzeczywistość.

Dalszy ciąg ceremonii, która dla każdego miała indywidualny przebieg, dla mnie był kolejną kluczową lekcją struktury człowieczeństwa, którą podarowało mi życie. Dwa miesiące wcześniej, szóstego grudnia, według mojej własnej nomenklatury i pewnych umownie przyjętych i zapisanych jakości doświadczeń, w tym samym pokoju, udało mi się, jak wierzę, po raz pierwszy doprowadzić w moim umyśle do aktywacji aspektu hermafrodyty, odnalezienia w sobie kobiety, pokochania jej i zaakceptowania, a przez to wyzbycia się choć na moment pożądania czegokolwiek i kogokolwiek - poprzez doświadczenie, że nie muszę niczego szukać na zewnątrz. Jest to stan, który zdaje się istnieć tylko w milczeniu. Absolutnym. I nie można w rzeczonym przebywać formułując jakichkolwiek myśli, tak jak można albo siedzieć w fotelu albo iść po herbatę. Pojawia się jednak współczucie i chęć przekazania tej drogi do całkowitego zamilknięcia tym, którzy zdają się nie wiedzieć, że tego właśnie poszukują. Tak powstaje mętlik mitologii. A mitologią można nazwać każdą ludzką wypowiedź i każde jego dokonanie, im bardziej kompleksowe i harmoniczne, tym większym kawałkiem dostrzeżoności musi być. Przestałem wówczas pożądać, zacząłem czcić. Myślą wynikową ceremonii z N., na którą zaprosiliśmy do nas pieśnią szamana duchy Alberta Hofmanna i Timothy Leary'ego, było poszanowanie świętości wody jako daru matki, bez której nasze ziarno jest tylko pyłem. Mężczyzna i jego nasiona są przez kulturę europocentryczną zrozumiane i czczone, a kobieta i jej woda bywa wręcz wyparta i bezczeszczona. Przez obie płcie. Transformacja energii, którą w drugiej czakrze nazywamy seksualną i uwalnianie jej przez wyższe ośrodki jakości energetycznych, powoduje ucieleśnianie się innych aspektów istnienia. I to nie jest żadna przenośnia. Dopiero zmierzenie się z taką praktyką uświadamia nam również fakt, że poprzez wyrzeczenie się poniekąd przyjemności prostej i szybkiej możemy poznać jej głębokie źródło, które przerasta doznania seksualne w niewyobrażalny sposób i powoduje bezpośrednią płodność na dowolnym polu. Dziewięć – novem - to odwrotność sex ;)

Po tym jak ceremonia się zamknęła, kiedy dostałem od N. pióro, przypomniałem sobie ptaki, które widziałem poprzedniego poranka. Zamykając pętlę tego mitu i jego aspektów pozwolę sobie połączyć zagadnienie unifikacji w sobie aspektów yin i yang z jako takim wszelkim doświadczeniem duchowym, przebudzaniem i całą jego holarchią aż po ósmy obwód oktagonalnej spirali umysłu do wybuchu supernowej. Pierwszym wydarzeniem w życiu człowieka, jakiego człowiek nie potrafi odnieść do żadnego wcześniejszego są narodziny. Dlatego są takie istotne. Od nich zależy w dużej mierze nasze przygotowanie na kolejne całkowite odwrotki jakości postrzegania. Narodziny wprowadzają nas w nową rzeczywistość, której musimy się uczyć. Dopiero z perspektywy rozumiemy czym były i jak wiele musieliśmy się od tamtej pory nauczyć, żeby to zrozumieć. Elementem koniecznym żeby się przebudzać jest przeciskanie przez kanał rodny świadomości ósmej komnaty przemądrzałego dziada, który „naucza duchowo” i odkrywanie, że jest się znów dzieckiem par terra z kciukiem w buzi. Zen być może sztuką surfu po takich właśnie przebudzeniach do nowego, odnajdywanych we wszystkim i cały czas. Na nowo. Ludzka świadomość, zbyt przywiązana do ciała uczepiona jest jednej tylko warstwy istnienia. Budzić się trzeba wciąż od nowa i wracać oknem* skąd wyszło się drzwiami. A takie narodziny są nieuchronnie związane z bólem przekraczania emocjonalnego płaszcza, a zaraz potem z pierwszym na nowo obwodem czyli umiłowaniem i uczczeniem matki, która daje nam życie i jest dla nas wszystkim i całym światem. Stąd dzieci kwiaty zwracają się do natury i budują ekologiczne wioski. Gubimy i zapominamy to pierwotne poczucie łączności z matką, które początkowo ograniczamy do osoby. Tak jak i później…, w kulturze, która zamiast wskazywać swemu narybkowi drogi ku samorealizacji i niezależności, utwierdza w nim atawistyczny, niedojrzały, uzależniony od iluzorycznych czynników zewnętrznych model egzystowania w rzeczywistości. Szukamy spełnienia na zewnątrz, wyzwalając świętą energię i nieświadomi co czynimy, wypuszczamy ją pierwszą wolną dziurą, zażywając pierwszego stopnia rozkoszy, zwiększając poczucie rozdzielenia, bo najprzyjemniejsze dostępne doznanie okazuje się krótkie i relatywnie rzadkie. Tymczasem w zasięgu każdego z nas leży osiąganie takich stanów w zwielokrotnionym w sile i znaczeniu sensie, poprzez świadome wytwarzanie tej energii w celu wznoszenia jej na wyższe piętra energetyczne, co jest bardzo różne od deprecjonowania jej i wypierania, proponowanego przez pewne sekty późnochrześcijańskie. Ciągłe przebudzanie się na nowo zmienia na bieżąco naszą własną przeszłość, bo takie doświadczenie, jako że nie możemy go rozpoznać kiedy się zdarza, musimy rozpoznawać dopiero kiedy się zorientujemy, że się nam przydarzyło. Spotykamy tajemnicę bytu, a kiedy się orientujemy, że to była ona, uświadamiamy sobie, że nie zapytaliśmy jej kim jest. I tak ma pozostać.

Współcześni naukowcy odkryli, że fraktalne samopodobieństwo natury uwidacznia się w tym, że jedno drzewo ma analogiczne wartości i jakości cech do lasu, w którym rośnie. Jak wielu naukowych odkryć potrzeba, abyśmy zrozumieli, że zmieniając siebie zmieniamy świat? Takie rozumowanie sprowadza z kolei do punktu, w którym obecne wyparcie aspektu matki z istoty człowieczeństwa nie jest boczną, ale konieczną ścieżką ewolucji, bo asymilacja tego aspektu przez ludzkość pożre w efekcie własny aspekt męski, aby z małą tylko cząstką siebie urodzić go w nowe zapomnienie. Ciągle nowe patrzenie na nowe. Może tak mi się wszystko układa, a nie inaczej, bo urodziłem się dziewiątego września, a może urodziłem się dziewiątego września, żeby mi się tak ułożyło. Utworzyłem dwa anagramy z angielskiego imienia naszego ducha, zaraz po tej wycieczce do biblioteki metaaleksandryjskiej, którymi uwieńczę mój tort lekko bezwartościowych, bo ubranych w słowa wspomnień i spostrzeżeń jak wiechciem cieśla domu kształt.

My Christ decided I yell Gaia = My Gaia decided I yell Christ


Diuk Skusikula, Duke Ballswerver


Diuk Skusikula

Komentarze: 2

[foto]1. Okno trikstera • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-02-26 11:32:32)

Trikstera można poznać po tym, że wchodzi OKNEM.

[foto]2. zabawy z tricksterem • autor: Nes W. Kruk (2013-02-27 19:37:22)

Wtrącę swoich 9 groszy.
Nauczyłem się nie analizować pewnych zdarzeń - skąd, po co i dla czego. Zauważyłem, że czasem nie ma takiej potrzeby, by coś zadziałało, by coś "się działo". Jednakże lubię zauważać pewne połączenia towarzyszące nienazwanym.

Na Dobrą sprowadził mnie nieżyjący już Robert Sieklucki, który jak mi wiadomo był jednym ze wspomnianych ośmiu (ja sam nie uczestniczyłem w tym wydarzeniu, wszedłem na scenę chwilę później). Roberta poznałem kilka dni wcześniej (tarakowy Szałas Potów wydarzył się tydzień przed ceremonią z N.) przed wspomnianą ceremonią przy okazji Dnia Niedźwiedzia w Harkawiczach. Gdyby nie tamten szałas Potów pod szyldem Taraki (moją intencją były zmiany i oczyszczenie), nie wydarzyłoby się na Dobrej nic, co nastąpiło po ceremonii z heyoką N. Prawdopodobnie nie było by też "Rytualnych Map", które zrodziły się na Dobrej.
Gdzie jest przyczyna a gdzie skutek? Czy może kluczowe było spotkanie trzech muszkieterów (Nes, Skusikula i Robert "Revers") nad jeziorem o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie "Klucz"?
Zauważam, że nie trzeba pewnych zjawisk nazywać lub je definiować, by miały ogromny wpływ na rzeczywistość, która nas otacza a którą jesteśmy MY. :)