Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-12-01

Katarzyna Urbanowicz

Craiova

         Jest taka nazwa, która samym swoim brzmieniem budzi tęsknotę. Craiova. Mam pochodzące stamtąd dwie pocztówki i kilka kobiecych fotografii. Na jednej z nich jest siostra mojego Dziadka, Johanna (Janina), ur. w r. 1896, która wyszła za kogoś o nazwisku Mihailescu lub Müller ok. 1919 r. i miała dzieci Helenę, Mihaila i Janinę oraz wnuka Linu i prawnuków: Mihaila i Gabi.


         Swego czasu Zaleszczyki były miejscem, gdzie spotykały się trzy granice. Nazywano to miasteczko na Kresach Polską Rivierą lub nawet miastem słońca. Po napadzie hitlerowskich Niemiec na Polskę były ostatnim miejscem, skrajem, rzec by można, naszego kraju, skąd uchodźcy przedostawali się do Rumunii. Przed wojną w tym miasteczku kształciło się wielu członków rodziny, dziewczęta mieszkały na stancjach i tam też Janina, zwana potem Johanną, poznała swego przyszłego męża.

         Kontakty z rodziną utrzymywano za pomocą pocztówek pisanych po rumuńsku, niestety, nie żyje już nikt z rodziny, kto przetłumaczyłby mi ich treść, podobnie jak innych, pisanych po węgiersku. Mieszkańcy tamtych okolic znali wiele języków: polski, niemiecki, rosyjski, rusiński (ukraiński), rosyjski, rumuński i węgierski, gdzie wylądował też ktoś z rodziny, a mój dziadek miał uprawnienia do nauczania w czterech z nich, choć znał wszystkie. Nie jest to jednak dziwne, gdy przejrzy się świadectwa szkolne. Czegóż to nie uczono w ówczesnych szkołach!

         Ale o tym w innym odcinku. W tym chciałabym się zająć pewnym listem z miasta Craiova, jedynym pisanym po polsku. Dzieci i wnuki Johanny przysyłały już pocztówki pisane po rumuńsku, ponieważ nie znały języka polskiego. Czy wiedziały więc, co napisała ich matka i babka? Wątpię. Raczej nie dopisałyby swoich rumuńskich życzeń pod tym listem.

         Wiele małżeństw nie przynosi i wówczas też nie przynosiło satysfakcji. Mimo to trwały w jakim takim uzgodnionym porządku, często do śmierci. Jednak ci, którzy w takim związku czuli się pokrzywdzeni, zawsze mieli wokół siebie rodzinę, przyjaciół, którym można było się pożalić, a przynajmniej porozmawiać w ojczystym języku. Tego nie miała Johanna, siostra mojego dziadka i dla niej Craiova była gehenną i więzieniem. Nawet jej dzieci nie znały polskiego na tyle, żeby w tym języku napisać życzenia. I pomyśleć, że jako młoda dziewczyna zafascynowana byłam tą częścią zagranicznej rodziny i usiłowałam się czegoś o niej dowiedzieć. Niestety, w rodzinie mojego dziadka i ojca zawsze tajemnica goniła tajemnicę i raczej trzymano mnie od innych członków rodziny z daleka. Nawet kiedy wnuk Johanny, Linu, przyjechał do Polski, nie zaproszono mnie, bym go poznała.

         W liście pisanym w kwietniu 1959 r. Johanna (1896 – 1962) pisze do Sławomiry: „Dziękuję bardzo za podobiznę, bardzo się cieszyłam, gdyż ty byłaś maleńką, a Tadzia nie znam wcale, jak ja wyjechałam z domu lepiej byłoby żebym więcej nie żyła”. Johanna opisuje swoje choroby, jakieś pęknięcie żyły, w której straciła 2 kg krwi, miała czegoś 25 (?) i teraz nie ma sił. Trochę już zapomniała języka, może też gorzej kontaktuje i czasem trudno zrozumieć, o co jej chodzi. Pisze: „ A to z takiego przeklętego życia, które prowadziłam ze psem, gdyż nie warto o nim mówić, dzieci mnie wypędzają z domu i ja ciągle płaczę i mię wypędza, cóż mogę zrobić kochana Sławuniu, cierpię i dzieci również cierpią ze mną chcę jego zostawić na stare lata gdyż nie mogę cierpieć i tak kochana Sławciu tobie się skarżę, gdyż u cudzych nie mam honoru (? Mało czytelne)” Użala się, że nie pisze brat i reszta rodziny. Do listu załącza kilka aktualnych wtedy fotografii.

         Dzisiaj więc już wiem, dzięki szufladom starego biurka, o tej części rodziny o wiele więcej, niestety, jest to gorzka wiedza, nie do wykorzystania.

Katarzyna Urbanowicz

Komentarzy nie ma.