Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

1999-01-27

Wojciech Jóźwiak

Chrześcijaństwo i buddyzm
Podobieństwa i różnice

Chrześcijanie i buddyści nie lubią porównywać swoich religii. Z różnych powodów. Co nie zmienia faktu, że takie porównanie jest bardzo interesujące. Zacznijmy od podobieństw...

Obie te religie zostały założone - co oznacza, że miały swoich założycieli, bez których po prostu nie pojawiłyby się na świecie. Owi Założyciele (Jezus Chrystus z jednej strony, z drugiej Siddharta Gautama zwany Buddą-Przebudzonym, lub Śakjamunim - mnichem z rodu Śiakja) żyli i działali w określonej epoce historycznej i w określonym miejscu - Jezus w Palestynie za panowania drugiego cesarza rzymskiego Tyberiusza, Budda około pięćset lat wcześniej na ziemiach dziś leżących na pograniczu Indii i Nepalu. Istnienie Założycieli odróżnia buddyzm i chrześcijaństwo od religii zwanych narodowymi, plemiennymi albo pierwotnymi, które rozwijały się drogą stopniowej, naturalnej ewolucji; jednostkowych założycieli nie miały, ani też nie można wskazać wyraźnego ich początku w czasie. Wiele takich religii plemiennych jest żywych do dziś, przykładem japońska religia shinto (droga bóstw), narodowa religia mieszkańców Indii zwana zbiorczo hinduizmem, czy też szamanizm ludów Syberii. Przedchrześcijańska Europa znała tylko takie religie.

Zauważmy, że buddyzm i chrześcijaństwo nie są ani jedynymi, ani najstarszymi religiami założonymi. Starsza od nich obu jest religia stworzona przez irańskiego proroka Zaratusztrę; po Chrystusie swoje religie założyli Mani (manicheizm, w Syrii i Iranie) oraz Muhammad (Mahomet) w Arabii. Do założycieli religii zalicza się także dwóch chińskich mędrców, żyjących w tym samym stuleciu, co Budda - byli to Laozi (Lao-Tsy) i Konfucjusz. Także religia żydowska ma swojego założyciela, Mojżesza, ale rozwinął on wcześniejsze żydowskie plemienne idee religijne, przez co judaizm ma tyleż cech religii założonej, co naturalnej.

Obu Założycielom - Jezusowi i Buddzie - towarzyszyła legenda o cudownych narodzinach. Jezus, Syn Boży, urodził się z dziewiczej matki zwiastowany przez anioła; narodziny Buddy były zwiastowane snem, jaki miała jego matka, iż biały słoń wniknął przez jej bok. Jezusa wkrótce po jego narodzinach odwiedzili i oddali hołd trzej mędrcy prowadzeni przez gwiazdę; Budda, ledwie narodzony, stanął na nogach, a gdzie stąpnął, zakwitały lotosy. Miał też mały Siddartha znaki na ciele właściwe dla Doskonałego Człowieka (choć dla nas absurdalne), a wśród nich palce u stóp równej długości, linie papilarne w kształcie kół, a na szczycie głowy masywny guz, który wieńczył jego czaszkę niby wieżyczka na kopule. W obu historiach otoczenie obu niezwykłych młodzieńców jakoś dziwnie szybko zapomniało o tych cudach, i obaj wcale nie mieli łatwego startu na drodze do świętości. (Co jest oczywistym dowodem, iż obie historie o cudownych narodzinach zostały zmyślone przez wyznawców, którzy nie mogli obyć się bez mitów.)

Obaj (w oczach ich wyznawców) nie byli zwykłymi ludźmi. Jezus był Synem Boga, który zstąpił z nieba na ziemię. Budda, zanim narodził się jako syn króla Śuddhodany z grodu Kapilawastu, miał już za sobą tysiące żywotów, pełnych heroicznych wysiłków, w których nagromadził ponadludzką masę karmicznych zasług.

W życiorysach obu Założycieli można zauważyć podobne przełomowe wydarzenia. Zanim zaczęli nauczać, i Budda, i Jezus spędzają pewien okres czasu w odosobnieniu na praktykach ascetycznych. Obaj byli też wcześniej inicjowani w starsze praktyki religijne; mieli swoich poprzedników i mistrzów. W przypadku Jezusa był nim Jan Chrzciciel, Budda zaś dołączył do grupy pięciu leśnych joginów-ascetów.

Obaj, kiedy zaczynają swoją drogę proroków, są młodzi - mają około trzydziestu lat. Obaj otaczają się ścisłą grupą najwierniejszych zwolenników. Obaj prowadzą żywot wędrownych nauczycieli (i rezygnują z życia rodzinnego). Obaj nie zapisują ani jednego słowa swoich nauk!

Od tego miejsca zaczynają się różnice pomiędzy nimi, a także różnice pomiędzy wywodzącymi się odeń religiami.

Jezus miał niewiele czasu na swoją ziemską działalność: jego nauczanie trwało najwyżej trzy lata, i przerwała je okrutna śmierć. W przeciwieństwie do niego Budda żył długo, zmarł mając osiemdziesiąt cztery lata, i przez całe pół wieku wytrwale głosił swoje nauki.

Budda miał świadomość tego, że zakłada tysiącletnią sanghę (społeczność wyznawców); Jezus, o czym świadczą liczne jego wypowiedzi, był przekonany, że żyje blisko końca czasu, i że jeszcze jego uczniowie doczekają się królestwa Boga na ziemi.

Czymś odmiennym są ich zbawicielskie czyny. Jezus (w oczach wyznawców) był bogiem, który złożył ofiarę z samego siebie i przez to zbawił-wyzwolił od zła całą ludzkość. Budda był człowiekiem (jakkolwiek człowiekiem niezwykłym), który samodzielnie osiągnął oświecenie, i dzięki temu przetarł ścieżkę do wyzwolenia, dostępną dla każdego, kto chce pójść jego śladem.

Dodajmy, że Budda osiągnął stan ducha, który jest uważany za wyższy od boskiego. Buddyści wprawdzie uznają istnienie bogów, ale uznają ich za istoty podlegające przeznaczeniu, prawu karmy, i kiedy karma jakiegoś boga się wyczerpie, nieuchronny jest jego upadek w niższe sfery bytu. A nie ma (powiadają) istoty żałośniejszej, bardziej godnej współczucia, niżeli bóg, którego czas się kończy.

Zbawicielski czyn Jezusa był jedyny i wyjątkowy od stworzenia do skończenia świata. Absurdalne i nie do przyjęcia dla chrześcijan byłoby przypuszczenie, że w innej epoce historycznej (lub na innej planecie) mógłby żyć inny (i to prawdziwy!) zbawiciel, któryby podobnie jak Jezus Chrystus poświęcił siebie w męczeńskiej śmierci, po czym zmartwychwstał. Wierzą wprawdzie, że Jezus pojawi się na Ziemi jeszcze raz, ale to będzie równoznaczne z końcem świata. Buddyści za to wierzą, że od nie mającego początku czasu, buddów (czyli przebudzonych), a więc istot, które osiągnęły oświecenie równie doskonałe, jak to, które stało się udziałem Śakjamuniego, było niezliczenie wielu, a w obecnym cyklu świata mędrzec z rodu Śakjów był już czwartym z kolei buddą. Wierzą także, że było w dziejach naszego świata i innych światów mnóstwo tak zwanych pratjekabuddów, czyli ludzi (bądź innych istot), którzy wprawdzie osiągnęli pełne oświecenie i duchowe wyzwolenie, ale swojej nauki nie mieli komu przekazać, ponieważ w ich otoczeniu nikt nie dojrzał do jej przyjęcia. Dlatego pratjekabuddowie nie zakładali (jak Budda Śakjamuni) własnych linii przekazu.

Chrześcijaństwo jest chrystocentryczne. Jezus Chrystus jest jego centralną postacią. Jezus jest osobą, która jest ośrodkiem kultu; osobą, do której wierni nieustannie kierują swoje modlitwy. (Pomińmy tu fakt, że w rzymskim katolicyzmie istnieje silny nurt, który faktycznie na pierwsze miejsce wysuwa Maryję.) Tym bardziej rzeczą niepojętą musi się wydać chrześcijaninowi fakt, iż buddyści w ogóle Buddy nie czczą! W buddyzmie nie istnieje kult Śakjamuniego. Budda osiągnął doskonałe oświecenie, przekazał ludziom nauki, jak osiągnąć to samo, i umierając odszedł do nirwany, czyli do stanu doskonale wolnego od wszelkiego przejawiania się. Tak więc dziś, jak podpowiada elementarna logika, nie ma kogoś, kto kontynuowałby - w dowolnym sensie - życie Buddy. I nie ma sensu się do niego modlić. Po Śakjamunim Gautamie pozostała jego nauka, tradycja jego wyznawców, pozostał stan oświeconego umysłu, który on rozpoznał i potwierdził u swoich uczniów, a ci przekazali owo rozpoznanie dalej. Pozostała więc po Buddzie linia przekazu, ale on sam jest w buddyjskim kulcie nieobecny.

Zbawicielski czyn Jezusa opierał się na jego cierpieniu i męczeńskiej śmierci. Dlatego w chrześcijaństwie jest taki kult cierpienia, ran, krwi oraz świętych męczenników. W zupełnym przeciwieństwie, w buddyzmie nie ma śladu krwi, zaś nauka Buddy traktuje śmierć jako nieodłączną część życia i obiecuje pełne wyzwolenie od cierpienia.

Aby odczuć różnicę między obu religiami pod tym względem, radzę wypowiedzieć sobie (choćby po cichu) dwie mantry, chrześcijańską: Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami; oraz buddyjską: Om Mani Padme Hung (która częściowo da się przetłumaczyć jako Om - Klejnocie w Lotosie - Hung). Prawda, jak różny jest magiczny ładunek obu tych krótkich formuł?

Wymienione mantry wprowadzają w sam środek kolejnej różnicy. Oto w chrześcijaństwie człowiek-wyznawca kieruje się ku pewnej rzeczywistości zewnętrznej wobec niego. Ma świadomość Boga jako bytu odrębnego od siebie samego, jako wszechpotężnej osoby, którą trzeba błagać o łaskę. Dlatego główną i właściwie jedyną techniką duchową, jaką zna chrześcijaństwo, jest modlitwa. Mantra Om Mani Padme Hung w arcyzwięzłych słowach maluje obraz mandali, czyli mistycznego centrum, centrum bytu, które każda istota może odnaleźć w swoim umyśle. Buddyzm kieruje świadomość wyznawcy do wnętrza - przede wszystkim ku środkowi jego własnego umysłu. W buddyzmie nie szuka się czegoś zewnętrznego; a te siły, które zdolne są wyzwolić człowieka, obecne są w jego własnej naturze. Dlatego podstawową techniką duchową buddyzmu jest medytacja.

Chrześcijanin zwracając się do Boga pada na klęczki. Buddysta, skupiając się w medytacji, przyjmuje zrównoważoną, stabilną pozycję: pozycję lotosową, zwaną w jodze padmasana, lub podobną.

W chrześcijaństwie kluczowe znaczenie ma wiara. Buddyzm jest religią doświadczenia. Chrześcijańscy mistycy mówili o naśladowaniu Jezusa. Jednakże o naśladowaniu w dosłownym sensie nie może być mowy, gdyż pomiędzy Chrystusem-Bogiem, a człowiekiem, istotą (w pojęciu chrześcijanina) niedoskonałą i grzeszną, zachodzi gatunkowa, nieprzekraczalna różnica. Buddyzm jest naśladowaniem Buddy jak najbardziej dosłownym. Odosobnienia i siedzące medytacje są praktykowane właśnie dlatego, że stanowią część drogi do oświecenia, którą Śakjamuni przetarł jako pierwszy.

Chrześcijaństwo od początku (od działalności św. Pawła) było i dotąd pozostało religią misyjną, i wszystkie jego kościoły mnóstwo energii wkładają w to, aby nieść ewangelię - dobrą nowinę - tym, którzy słów Jezusa jeszcze nie słyszeli. Ideałem byłoby nawrócenie wszystkich ludzi na świecie na chrześcijaństwo. Taki program z kolei musiałby się wydać absurdem dla buddystów. Oczywiście, Śakjamuni nauczał wielkie rzesze i czynili to jego uczniowie i późniejsi mistrzowie buddyjscy. Ale ani Budda, ani jego następcy nie mieli zamiaru nawracać wszystkich. Zbyt dobrze wiedzieli, jak trudną i odpowiedzialną drogę proponują, i dlatego udzielali pouczeń jak praktykować tylko tym, którzy czynili nadzieję, że dojrzeli do wstąpienia na ową drogę. Do tej pory krążą opowieści, jak to kandydaci na przyszłych oświeconych bezskutecznie wyczekiwali przed zamkniętymi bramami klasztorów.

Bo też - i to jest kolejna różnica - buddyzm narodził się, i pozostał w ogromnej liczbie swoich szkół do dziś, religią klasztorną; religią, której życie toczyło się w małych, elitarnych społecznościach ludzi, którzy postawili wszystko na jedną kartę i bez reszty oddali się praktyce. W chrześcijaństwie wspólnoty mnichów pojawiły się dopiero dobre dwieście lat po Chrystusie, i to zapewne nie bez wpływu wzorów buddyjskich.

Chrześcijaństwo odziedziczyło po swoim przodku - religii Mojżesza - poczucie swojej jedyności i ekskluzywności. Pierwsze przykazanie, Nie będziesz miał obcych bogów przede Mną, zachowało tu całą swoją moc. Nie do pojęcia nigdzie było, aby chrześcijanie oprócz swojego Boga równocześnie czcili np. Jowisza, Thora czy Peruna. Przeciwnie, przyjęcie chrześcijaństwa łączyło się automatycznie z wyrzeczeniem się i wyklęciem wszelkich obcych bóstw i kultów. Taki stosunek do obcych bogów nie jest wcale przypadkowy, przeciwnie, logicznie wynika z całej idei chrześcijaństwa, i raczej nie należy sądzić, aby się miał kiedykolwiek zmienić. Po stronie buddyjskiej mamy obraz zupełnie odmienny: nauczyciele buddyjscy głosili swoją doktrynę i przekazywali własne medytacje, ale nie mieli wcale zamiaru wdawać się w wojnę z wierzeniami, które zastawali na miejscu. Często działo się tak (jak na przykład w Tybecie), że tubylcze bóstwa zostawały przez buddyjskich mistrzów obłaskawione (przyjmowały schronienie u Buddy, Sanghi i Dharmy - tak samo jak ludzie!) i były wprowadzane do buddyjskich świątyń i do kultu jako tak zwani strażnicy dharmy, dharmapala, czyli duchowe moce ochronne. Gdyby do Mieszka Pierwszego dotarli misjonarze z Tybetu, zapewne mielibyśmy w Gnieźnie i na Wawelu świątynie, gdzie w zgodzie paliłyby się lampki przed posągami Buddy Awalokiteśwary i Świętowita.

Skoro, jak wcześniej powiedziano, Budda Śakjamuni nie jest przedmiotem kultu w buddyzmie, to jakiegoż Buddę czci się w tej religii? Otóż słowo i pojęcie Budda ma buddyzmie inne i szersze znaczenie, niż tylko osoba Założyciela tej religii. Gautama Śakjamuni stał się Buddą, czyli Przebudzonym, odkąd urzeczywistnił swoje oświecenie. Ale oświecenie jest w istocie obudzeniem tego aspektu umysłu, który jest ponad światem zjawiskowym i który nie podlega cierpieniu, starzeniu się ani śmierci. Ten aspekt umysłu, zwany także naturą Buddy (naturą oświecenia), jest Buddą (Przebudzonym) we właściwym sensie. Aby uściślić pojęcie Buddy, wprowadzono pojęcie trzech ciał Buddy. Nazywają się one w sanskrycie Nirmanakaja (ciało zjawiskowe), Sambhogakaja (ciało szczęśliwości), oraz Dharmakaja (ciało prawdy). W największym uproszczeniu można powiedzieć, że Nirmanakaja to przejawienia natury Buddy w fizycznych ciałach, w materialnym świecie i w historycznym czasie, a więc są to żyjący na ziemi wielcy oświeceni, tacy jak Śakjamuni, Padmasambhawa (pierwszy nauczyciel buddyjski w Tybecie), Bodhidharma (pierwszy przybyły do Chin mistrz zen), czy też Tilopa i Milarepa, wielcy mistrzowie tybetańskiej linii Karma Kagju.

Sambhogakaja to z kolei obrazy, energie, archetypy objawiające się w medytacji. To jest to ciało Buddy, które każdy - o ile nie zawiodą go jego medytacyjne zdolności - może spotkać w stanie głębokiego skupienia. Za to Dharmakaja, najwyższe z ciał Buddy, jest poza kształtem; jest to owa słynna pustka która jest formą, stan absolutny i podstawa wszystkich zjawisk. Podobne pojęcie wypracowała mistyka żydowska nazywając je Keter - pierwszą sefirą kabalistycznego Drzewa Życia. Odpowiednikiem trzech ciał (trikaja) w chrześcijaństwie byłby historyczny Jezus z Nazaretu jako Nirmanakaja; Sambhogakają byłby Chrystus z wizji mistyków, poczynając od widzenia św. Pawła na drodze do Damaszku; zaś Dharamakaja to odpowiednik boskiego absolutu.

Zauważmy, że chrześcijaństwo w dużej części pochodzi nie od Nirmanakai, czyli historycznego Jezusa, ale od Sambhogakai, której przykładem jest Jezus objawiający się Pawłowi, albo anioł zsyłający wizje spisane w Objawieniu św. Jana. Podobnie znaczna część buddyzmu wywodzi się, w historycznym porządku, z wizji, medytacji, oraz duchowych wewnętrznych badań.

A wracając do pytania, jakie to byty są przedstawiane w obrazach i posągach? - Są to głównie niezliczone wyobrażenia poszczególnych postaci Sambhogakai, czyli tak zwanych Buddów medytacyjnych. Do nich zaliczają się przede wszystkim ci najbardziej popularni: Awalokiteśwara, Budda współczucia, Amitabha, przewodnik dusz umierających, Mańdziuśri, uosobienie mądrości, czy Majtreja, Budda przyszłej epoki. Co oczywiście wcale nie świadczy o tym, jakoby buddyści czcili wielu bogów. Do równie absurdalnego wniosku na gruncie chrześcijańskim mógłby dojść jakiś zewnętrzny obserwator na widok obrazów Matki Boskiej Gromnicznej, Częstochowskiej, z Lourdes, Boleściwej, w których widziałby rzekomą wielość chrześcijańskich bogiń. Podobnie postaci Awalokiteśwary, Amitabhy itd. są tylko różnymi aspektami Natury Buddy.

Jeszcze jedna ważna różnica dzieli obie te wielkie drogi do zbawienia. Chrześcijaństwo od swego zarania miało skłonności centralistyczne. Poczynając od pierwszych soborów, organizacja kościelna wkładała mnóstwo energii w utrzymanie swojej jedności, swojej hierarchicznej konstrukcji - oraz w wyklinanie odstępców, którzy się w owym jednolitym modelu nie mieścili. Więcej, dzieje chrześcijaństwa pełne są religijnych wojen i tępienia tych, którzy wierzyli w tego samego Zbawiciela, ale stosowali odmienny rytuał i pojęcia teologiczne. (Co, zauważmy, w najmniejszym stopniu nie uchroniło tej religii przed rozpadem na mnóstwo wzajemnie nieufnych wyznań i kościołów.) Buddyzm był wolny od zawistnego centralizmu. Od samego początku swojej historii nie był jednolitą organizacją, lecz raczej wiązką poszczególnych linii przekazu, kierowanych przez niezależnych od siebie mistrzów. Chrześcijańskie pojęcia źle się stosują do opisu sytuacji w buddyzmie, i poszczególne odłamy buddyzmu na pewno nie są sektami, czyli czymś odciętym od głównego pnia tej religii. Ten główny pień nigdy nie istniał! Dzisiaj większość buddyjskich linii przekazu uznaje Dalajlamę (jednego z przywódców tybetańskiej gałęzi Gelugpa) za honorową głowę buddyzmu, ale to nie oznacza, że Dalajlama i jego gelugpowie mieliby jakieś prawa do ingerencji w życie innych buddyjskich kościołów.

Na marginesie tu wspomnę, że nie ma czegoś takiego jak lamaizm, jako religia rzekomo różna od buddyzmu i wyznawana w Tybecie, w Mongolii i na Syberii. Ów rzekomy lamaizm to po prostu kilka buddyjskich szkół lub linii przekazu nauk, które uformowały się w Indiach, a rozwinęły się i przetrwały w Tybecie, i nie ma żadnych podstaw, aby przeciwstawiać je reszcie buddyzmu. Ale prostowanie licznych nieporozumień, jakie dotąd pokutują na temat buddyzmu u nas i na całym zachodzie, to osobny i obszerny temat...

Chrześcijaństwo, podobnie jak jego starszy brat judaizm, jest religią księgi. Ściśle określony jest przy tym zestaw ksiąg kanonicznych, zawierających teksty natchnione, uważane za głos Boga - są to cztery Ewangelie, Dzieje Apostolskie, listy apostołów i Objawienie św. Jana. Buddyzm również ma swój zestaw świętych ksiąg, i niektóre spośród nich uważane są za dosłowny zapis kazań czy też wykładów Śakjamuniego; natomiast stosunek wyznawców do świętych ksiąg jest odmienny niż w chrześcijaństwie (a także w judaizmie i w islamie). Z jednej strony, kanon ksiąg buddyjskich - Tripitaka w wersji cejlońskiej, Kandżur w wersji tybetańskiej - jest ogromną biblioteką, o której przeciętny wyznawca wie tyle, że spokojnie spoczywa gdzieś w klasztorach, i jest przedmiotem studiów uczonych w piśmie. Z drugiej strony jednak, znacznie ważniejszy w tej religii jest żywy przekaz, czyli ustne (a często tajemne) nauki mistrzów. Buddyzm w znacznie większym stopniu niż chrześcijaństwo pozostał religią słuchaną, a nie czytaną.

I na koniec warto zwrócić uwagę na odmienny stosunek obu religii do życia po śmierci, do seksu, zwierząt oraz do... śmiechu.

Po śmierci chrześcijanina czeka zbawienie i niebiańska szczęśliwość - albo, jako kara za życie niegodziwe, wieczne potępienie. Niektórzy po drodze do zbawienia muszą przejść przez dodatkowy etap czyśćca. U końca czasu Bóg wszystkich umarłych przywróci do życia w ciele i będzie ich sądził jeszcze raz. (Powstaje pytanie, po co - skoro każdy człowiek przeszedł już swój sąd indywidualny? Widać tu nałożone na siebie dwie odmienne wizje eschatonu.) Każdy przy tym żyje jeden raz i nie ma mowy o reinkarnacji. Buddyjska wizja tego, co nas czeka po śmierci, jest odmienna. Nie Bóg wymierza nam karę lub nagrodę, lecz nasza własna karma, czyli nagromadzony w życiu zasób zasług i dobrych nawyków, lub, przeciwnie, zła i pomieszania; i to właśnie karma sprawia, że po śmierci, a raczej po pewnym okresie egzystencjalnego zawieszenia zwanym bardo, znajdujemy odpowiednie dla siebie następne wcielenie. Przy tym można narodzić się jako istota należąca do jednej z sześciu kategorii: jako człowiek, jako bóg-dewa, jako "walczący bóg" (asura), jako zwierzę, jako głodny duch (preta) albo jako istota cierpiąca męki piekielne. Najcenniejsze jest wcielenie ludzkie, bo jako jedyne daje szanse na osiągniecie duchowego wyzwolenia. Ale nawet pobyt w piekle nie trwa, jak u chrześcijan, nieskończenie długo, gdyż zła karma nawet najbardziej upadłych istot wreszcie się wyczerpuje. Oczywiście nauki o wcieleniach nie należy rozumieć wulgarnie jako rzekomej wędrówki dusz, gdyż tym, co przechodzi z jednego żywota na drugi, nie jest osobowość, lecz raczej strumień świadomości, doświadczający przyczyn i skutków.

Z takiej wizji powszechnego uczestnictwa wszystkich istot w kołowrocie przemian wynika buddyjski stosunek do istot pozostających w niższych, mniej świadomych wcieleniach, a więc przede wszystkim zwierząt. Zwierzętom należy się współczucie podobne do tego, jakie kierujemy ku ludziom; zwierzęta obejmuje buddyjska solidarność. Jeżeli tybetański lama błogosławi psa lub napotkaną na spacerze żabę (co sam widziałem!), to nie jest to dowcip, lecz naturalny wyraz owej solidarności i gest współczucia. W rażącym do tego przeciwieństwie, ani współczucie wobec zwierząt, ani solidarność z nimi i dostrzeganie w nich podobnych ludziom czujących istot obdarzonych boską iskrą do dziś nie trafiło do chrześcijańskiej świadomości; ani też nie ma przesłanek, aby ten stan stan rzeczy miał się kiedykolwiek zmienić.

Buddyzm jest również wolny od obsesji na punkcie seksu. Co jest o tyle dziwne, że przecież Budda za młodu odszedł od swoich żon, a jako oświecony mistrz pozostawał w celibacie. Przypomina więc on pod tym względem zarówno Jezusa, jak i jego głównego głosiciela św. Pawła, którzy nie związali się z żadną kobietą. Jednakże dalsza historia obu religii potoczyła się zupełnie odmiennymi ścieżkami. Chrześcijaństwo przejęło wszystkie bliskowschodnie obsesje, uważające seks za źródło zła, a kobietę za narzędzie szatana (i do tej pory nie umie się z nich wywikłać...); buddyzm wchłonął tantrę - indyjską, szamanistyczną w swej istocie, drogę do wyzwolenia przez seks i inne skrajne doświadczenia życia. I chociaż ogromny zmysł umiaru, zaszczepiony na samym początku Drogi jeszcze przez Śakjamuniego, skutecznie ustrzegł jego wyznawców od orgii i innych sakralnych dziwactw, to do dziś nie rażą na buddyjskich ołtarzach posągi boddhisatwów przedstawionych w miłosnym objęciu. Coś podobnego w chrześcijaństwie natychmiast kwalifikowałoby się jako wulgarne i niesmaczne bluźnierstwo...

Bo też buddyści w istocie nie traktują świata, sacrum, Buddy, mistrzów i siebie samych zbyt serio. Ostateczna rzeczywistość jest pustką, która wywołuje zdrowy odruch śmiechu. Stąd się bierze poczucie humoru, którym przeniknięty jest cały buddyzm. I przeciwnie, dla chrześcijanina ostateczna rzeczywistość przede wszystkim budzi grozę, a śmiech jest ostatnią rzeczą, jaka wyznawcy przychodzi na myśl o Bogu.

Przedstawione tutaj podobieństwa i różnice można by wyliczać dalej, ich lista jest dłuższa.

Wojciech Jóźwiak
27 stycznia 1999


Zamieszczone w dawnym miesięczniku "Wiedza Tajemna".




Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 1

[foto]1. Uzupełnienie o początkach chrześcijaństwa • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-11-22 10:14:57)

Ponieważ ten tekst, sprzed 15 lat, jest wciąż czytany i wypływa na powierzchnię, ostatnio np. przez Facebook, to dodam konieczne uzupełnienie. Wspominam tam o „historycznym Jezusie”. Nie było kogoś takiego. Jezus jest literackim mitem. Postać tę najpierw wymyślił, albo, jak kto woli, został nią urzeczony, Saul vel Paweł z Tarsu, zwany św. Pawłem, i przedstawił w swoich Listach, ale jego Jezus był „czystym” bóstwem bez ziemsko-ludzkiego życiorysu. Dlatego to, co pisze on o Jezusie w Listach jest tak tajemnicze, mistyczne i zagadkowe. Kilkadziesiąt lat po Pawle kolejny autor, o którym nic nie wiadomo prócz przydomka „Marek”, spisał inną opowieść o Jezusie, przenosząc go na ziemię i czyniąc zeń człowieka, proroka i Syna Bożego, który został ukrzyżowany sub Pontio Pilato. Szczegółowo o początkach postaci Jezusa pisze kanadyjski historyk Earl Doherty w książkach „The Jesus Puzzle” i „Jesus Neither God Nor Man”.