Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

1999-12-09

Stephen Buhner

Czy ceremonie zwracające się ku ziemi są wyłączną własnością Indian?
Pocenie się, okadzanie, wyprawy po wizje - to rytuały uniwersalne, nie tylko indiańskie

(Do Earth-Based Ceremonies Belong to Natives Only?)

Nasze religie należą do nas. Mamy bardzo silne powody, aby pewne rzeczy utrzymać jako naszą prywatna własność, czy rozumiecie je, czy nie. Mamy także wszelkie ludzkie prawa odmówić wam udziału w nich, czy wam się to podoba, czy nie. Jeżeli nie respektujesz naszych praw własności, to jesteś po prostu złodziejem. I wierz mi, kiedy mówię, że jesteśmy gotowi potraktować cię jako kogoś takiego. --- Russel Means

Najpierw oni przyszli zabrać nam nasz kraj i wodę, potem nasze ryby i zwierzynę. Potem zachciało im się naszych bogactw mineralnych, i aby je dostać, próbowali odebrać nam naszą władze nad sobą. Teraz oni chcą jeszcze naszej religii. I oto ni stąd ni zowąd, mamy mnóstwo pozbawionych skrupułów idiotów, którzy kręcą się w kółko, mówiąc, że są "szamanami". [medicine people]. --- Janet McCloud

Biali ludzie w tym kraju są tak oderwani od własnego życia i tak wygłodniali jakiegokolwiek prawdziwego życia, że będą się chwytać źdźbła trawy, aby się uratować. Ale społeczeństwo "high tech" dało im posmakować szybkich namiastek [the "quick-fix" ]. Oni chcą, aby ich duchowość została spreparowana w taki sposób, aby zapewnić im natychmiastowy wgląd, im bardziej sensacyjny i cudaczny, tym lepiej.--- Vine Deloria, Jr.

Biali ludzie nie mają prawdziwego wyczucia tych ceremonii, oni tylko je imitują.--- George Tinker

[Jeżeli biali wyznawcy New Age'u nie zaprzestaną wykorzystywać indiańskiej duchowości], staną się przez to w końcu naszymi wrogami. I naprawdę uwierz mi, kiedy mówię, że jesteśmy gotowi potraktować ich właśnie jako wrogów.--- Ward Churchill

Powyższe wypowiedzi są zaledwie małą próbką pewnego rodzaju ekskluzywistycznej propagandy uprawianej w ostatnich latach przez niektórych indiańskich pisarzy i aktywistów, odmawiających Białym prawa do udziału w tubylczych ceremoniach. Ponieważ najwyraźniej celem takich wypowiedzi jest wywarcie presji na Białych, aby zrezygnowali z praktykowania wszelkich indiańskich ceremonii, a nawet innych szamańskich tradycji zwracających się ku ziemi, uważam, że jest sprawą najwyższej wagi przeciwstawić się rasistowskim iluzjom, jakie zawarte są w tych poglądach.

Niektórych czytelników - Tubylców 1 i nie-Tubylców - może razić to, że takie wypowiedzi nazywam rasistowskimi, zwłaszcza w świetle brutalnych potworności, kulturowego ludobójstwa i rasowych przesądów, jakie Rdzenni Amerykanie wycierpieli z rak Białych w ciągu ostatnich pięciu wieków. Jednakże wyobraźmy sobie kogoś, kto w ogólnokrajowej telewizji wypowiada zdanie George'a Tinkera, tyle że w nieco zmienionej formie, tak iż brzmiałoby: "Czarni nie mają prawdziwego wyczucia chrześcijańskich ceremonii, oni je tylko imitują." Taka wypowiedź zostałaby natychmiast napiętnowana - i słusznie - jako rasistowska. Miliony Amerykanów z pełnym przekonaniem zaprotestowałyby, gdyby jakiś biały polityk głoszący wyższość swojej rasy próbował zabronić Czarnym nabożeństw w chrześcijańskich kościołach, twierdząc przy tym (jak robił to Means) iż: "Nasze religie należą do nas. Mamy wszelkie ludzkie prawa odmówić wam udziału w nich, czy wam się to podoba, czy nie."

W ostatnich latach Biali zostali wykluczeni z udziału w licznych indiańskich ceremoniach - jedynie z powodu swojej rasy. Niektórzy duchowi przywódcy Indian, którzy chętnie przyjmowali nie-Tubylców w swoich ceremoniach, zostali poddani presji, by ograniczyli swoje ceremonie wyłącznie do Indian o dostatecznie czystej krwi. Charla Hermann zaobserwowała w 1993 roku: "Teraz musimy usprawiedliwiać się z naszego przekonania, że mamy prawo do udziału w Cannunpa [ceremonii świętej fajki], w Poszukiwaniach Wizji, a nawet w Tańcu Słońca. W tym roku stwierdziliśmy, że w coraz większej liczbie miejsc wymaga się od wszystkich uczestników, aby wykazali się indiańskim pochodzeniem, jeśli chcą się poddać rygorom tych ceremonii."

Kiedy zaś przez szacunek dla poglądów i uczuć Indian, Biali zaczęli tworzyć alternatywne ceremonie zwracające się ku ziemi, byli oskarżani o to, że kradną, kopiują, lub że arbitralnie przeinaczają obrzędy Tubylców. Próby odrodzenia europejskich poszukiwań wizji i ceremonii łaźni spotykały się często z lekceważeniem i szyderstwami. Najwyraźniej niektórzy ekskluzywiści uważają, że nie ma sensu, by Biali brali udział w jakichkolwiek duchowych praktykach zwracających się ku ziemi.

Niektóre zarzuty wobec Białych zostały sformułowane w języku niezbywalnych praw, jednak jeżeli im się bliżej przyjrzeć, wiele z tych wypowiedzi ujawnia rasistowskie nuty. Przykładem niech będzie zdanie, jakie wypowiada Vine Deloria, Jr. Otóż chociaż w ogólności zgadzam się z jego punktem widzenia, to jednak muszę zaprotestować, gdy ulega on tanim stereotypom, jak na przykład w pierwszym rozdziale jego książki "Red Earth White Lies" ("Czerwona ziemia, białe kłamstwa"), gdzie narzeka on na "masy młodych Białych włóczących się po Zachodzie, przekonanych, że są Nosicielami Fajki ludu Sioux Oglala, wysłanych w świętą misję ochrony 'Matki Ziemi'"

Również muszę zaprotestować, kiedy wypowiada się on lekceważąco o praktykach Białych, na przykład w przedmowie do książki Lee Irwin'a "The Dream Seekers: Native American Visionary Traditions of the Great Plains" ("Poszukiwacze Snów: tradycje wizyjne Indian Wielkich Równin"), gdzie stwierdza: "Ta książka jest dla poważnego czytelnika i powinno się ją czytać z najwyższą starannością i szacunkiem. To nie jest podręcznik dla głupców ani coś, co by się dało wykorzystać w New Age'u... Tak więc, kiedy Irwin opisuje powody dla których ludzie poddają się okropnym doświadczeniom poszukiwania wizji, i wspomina o szukaniu "mocy", on NIE mówi o kółkach New Age, gdzie tuzin zamożnych ludzi przez dwie godziny dowiaduje się, że świat jest okrągły i że oni mogą mieć 'panterę mocy' na każde zawołanie."

Niewątpliwie niektórzy Biali bywają naiwni, powierzchowni i egoistyczni, i bez wątpienia również tacy ludzie byli zamieszani w tubylcze formy religijnej ekspresji. We każdej epoce, we wszystkich kulturach i religiach były i są jednostki, którzy religię traktują powierzchownie, a życie - nieodpowiedzialnie. Byli jednak i są także inni ludzie - w tym również nawróceni z obcych kultur - którzy osiągali głębokie zrozumienie owych religii i nawiązywali głęboką więź z sacrum.

W tych dehumanizujących stereotypach najbardziej martwi mnie to, że podsycają one uprzedzenia rasowe. Kiedy Tinker idzie do ogólnokrajowej telewizji i stwierdza, że Biali nie mają prawdziwego wyczucia indiańskich ceremonii, i gdy Deloria gani "głupców" którzy biorą udział w "kółkach New Age", to w istocie obaj umacniają rasistowski pogląd, iż Biali są z urodzenia niezdolni do tego, aby rozumieć i na serio praktykować indiańskie ceremonie religijne.

Gdyby ci krytycy byli skorzy raczej nauczać Białych, aniżeli ich wykluczać, byłbym bardziej skłonny wziąć pod uwagę ich poglądy. Jednakże wielu ekskluzywistów występuje nawet przeciwko innym Tubylcom, tym, którzy uczą Białych indiańskich praktyk religijnych. Twierdzą oni, że religie Indian powinny być tylko dla Indian, i nauczanie Białych nie wchodzi w grę.

Kiedy zaczyna się całe grupy ludzi uważać za coś gorszego z racji ich koloru skóry lub pochodzenia etnicznego, zwykle niedaleko już stąd do przemocy. Faktycznie, Russel Means i inni grożą Białym (nawet tym, którzy odnaleźli wielki sens w indiańskich obrzędach), aby zaprzestali wszelkich kontaktów z rdzennymi religijnymi tradycjami Północnej Ameryki, gdyż inaczej narażą się na konsekwencje. Ward Churchill - jeden z tych, którzy najgłośniej krytykują mieszanie się Białych w tubylcze praktyki religijne - wzywał zarówno Białych, jak i Indian, aby "zamknąć spotkania ruchu [New Age], spalić szałasy potu, a święte przedmioty, które zostały zbezczeszczone, skonfiskować i zwrócić właścicielom."

Czy tubylcze ceremonie zostały skradzione?

Jednym z oskarżeń, jakie się podnosi przeciwko Białym jest to, że oni "skradli" religijne ceremonie Tubylców. Ale jeżeli pewne ceremonie - co jest oczywiste - były ogólnie dostępne, a inne rytuały są tak uniwersalne, że nikt nie może zgłaszać do nich praw własności, to gdzie jest złodziej?

Manitoquat - członek starszyzny szczepowej i duchowy przywódca grupy Assonet narodu Wampanoag - przedstawia taką perspektywę: "Z mojej strony, ja mogę powiedzieć, że mojej religii nikt nie ukradł. Ty możesz przyjść i skopiować moje zwyczaje [my ways], możesz nauczyć się moich pieśni i opowieści, ale ty nie ukradniesz niczego, bo ja moją religie nadal mam. Mógłbyś nawet zabrać moich świętych pomocników, takich jak tytoń, słodka trawa lub fajka, ale moja religia nie zależy od tych rzeczy. Co możesz zrobić z moimi zwyczajami [my ways], to to, że stałyby się twoją religią - bo jest pewne, że to nie byłaby moją - i ja nadal jestem gotów, idąc za naukami naszych starców, darzyć szacunkiem twoją religię, niezależnie jak ją uzyskałeś, o ile tylko jest ona dla ciebie prawdziwa."

Pomimo takiej otwartości ze strony wielu tubylczych przywódców religijnych, niektórzy aktywiści twierdzą, iż indiańska ceremonia religijna stanowi w swej istocie kulturową własność, która należy do tego plemienia, które ją zapoczątkowało. Mogą oni mieć słuszność w przypadku pewnych tajemnych ceremonii, które są unikalne i znane wyłącznie jednemu plemieniu, ale udział Białych w tych ceremoniach jest rzadkością i nie stanowi problemu. Można by nawet wysunąć argument, że plemienni przywódcy duchowi mogą mieć określone prawa własności do tych kulturowo specyficznych form obrzędów - takich jak hanblecheya u Lakotów - ale jeżeli tak, to wtedy ekksluzywiści powinni respektować poglądy tych właśnie duchowych przywódców.

Historyczne przekazy pokazują, że wielu duchowych przywódców Lakotów było szczęśliwych mogąc podzielić się swymi tradycjami z każdym, kto chciał ich szczerze słuchać - niezależnie od jego rasy czy kultury. Frank Fools Crow 2, dawny ceremonialny wódz plemienia Teton Sioux i powszechnie szanowany duchowy senior, wierzył, że sprawa najwyższej wagi jest dzielenie się świętą fajką ze wszystkimi ludźmi. Fools Crow stale powtarzał, że fajka jest "kluczem do tego, aby świat dzisiaj przeżył". W swojej autobiografii Fools Crow napisał, że gotów jest pracować z każdym, kto do niego przyjdzie, nawet wysłać go na poszukiwanie wizji.

Ed McGaa, który ćwiczył pod okiem Fools Crow i który został jednym z indiańskich mistrzów nauczających nie-Indian, tak napisał, odpierając zarzut, iż dzieli się naukami z Białymi: "We wszystkich mowach dawnych indiańskich wodzów, jakie czytałem, każdy z naszych przywódców wyrażał pragnienie, aby najeźdźcy zmienili swoje nastawienie i zwyczaje [to change their ways], a wielu ostrzegało przed poważnymi konsekwencjami, jeżeli tak się nie stanie. My będziemy musieli stanąć twarzą w twarz z owymi wodzami w świecie duchowym, a oni zapytają, co uczyniliśmy, by zmienić i wyedukować dominującą kulturę, tak aby zeszła z drogi niszczenia Ziemi?"

Tubylczy duchowi przywódcy w innych plemionach także nauczali, że ich rdzenne praktyki mogą i powinny być przekazywane wszystkim ludziom, że barwa skóry nie ma nic wspólnego z tym, co mieści się w sercu, i że czyjeś stosunki ze Stwórcą są prywatną sprawą pomiędzy nim a Stwórcą. White Shield, wódz ludu Arikara, powiedział: "Barwa skóry nie ma znaczenia. Co jest dobre i sprawiedliwe dla jednego, jest dobre i sprawiedliwe dla innych, a Wielki Duch uczynił wszystkich ludzi braćmi. Ja mam czerwoną skórę, lecz mój dziadek był białym człowiekiem. Jakie to ma znaczenie? Przecież to nie kolor skóry czyni mnie dobrym albo złym."

Chociaż wielu indiańskich przywódców duchowych nauczało, że Stwórca nie dostrzega kolorów, niektórzy spośród tubylczych działaczy ogłaszają, iż mają prawo własności do wszystkich religijnych ceremonii zwracających się ku Ziemi. Na przykład Means stwierdził tak: "Odkąd to sweat logde nie jest indiańską ceremonią? To nie jest coś 'opartego na' jakiejś indiańskiej ceremonii, to JEST indiańska ceremonia. Tak samo jest indiańską ceremonią poszukiwanie wizji [vision quest], fajka, ... szałwia i tak dalej."

Święta fajka dana jest wszystkim ludziom

Means ma rację co do jednego: święta fajka znana jest wyłącznie ludom Ameryki Północnej. Jednakże wielu szacownych indiańskich szamanów [medicine people] i mistrzów ceremonii stwierdzało, iż świętą fajką Indianie powinni dzielić się z innymi, jako że jednym z celów tej ceremonii jest łączyć ludzi, jak również łączyć ludzi i nie-ludzi.

Według wielkiego świętego człowieka ludu Oglala Lakota, Nicholasa Black Elk, kiedy ktoś pali fajkę, jest to tak, jakby wypełniał akt połączenia całego stworzenia, akt uleczenia wszelkiego rozdziału pomiędzy ludźmi i pomiędzy rzeczami a ludźmi. Powtarzał to, co powiedziała Kobieta Od Cielęcia Bizona 3: "Wszyscy ludzie, i wszystkie rzeczy we wszechświecie, łączą się z tobą, gdy palisz fajkę - wszystkie ślą swoje głosy ku Wakan-Tanka, Wielkiemu Duchowi. Kiedy się modlisz przy pomocy tej fajki, modlisz się w intencji wszystkich i wraz ze wszystkimi."

Wielu Tubylców przeczuwało, iż Kobieta Od Cielęcia Bizona przyniosła świętą fajkę dla całej ludzkości. W niektórych wersjach tej legendy wspomina się, że Kobieta Od Cielęcia Bizona powiedziała ludziom: "Przynoszę wam tę fajkę dla wszystkich zwykłych ludzi." Niektórzy Tubylcy utrzymują, że owi "zwykli ludzie" oznaczają tylko Lakotów, w ostateczności zaś - wszystkich Indian; ale inni Tubylcy sądzą inaczej. Lucy Looks Twice, córka Black Elk'a, powiada: "My przyjęliśmy tę fajkę od Wielkiego Ducha za pośrednictwem świętej pani, która przyniosła ją, by ją dać wszystkim ludziom."

Arvol Looking Horse, który jest aktualnym dzierżycielem oryginalnej świętej fajki Lakotów, jak również niektórzy inni spośród starszyzny Oglala najwyraźniej nie mają żadnych zastrzeżeń co do tego, aby ludzie o odmiennym kolorze skóry brali udział w kulcie z użyciem świętej fajki. Ojciec Paul Steinmetz, ksiądz-jezuita, który żył i pracował wśród Oglalów w rezerwacie Pine Ridge w latach 1961-81, tak opowiada o swoim pierwszym spotkaniu ze świętą fajką:

"W październiku 1976 poprosiłem, aby wolno mi było modlić się w obecności Fajki Cielęcia. [Arvol] Looking Horse przeprowadził dla mnie ceremonię łaźni potów i późną nocą otworzył mały domek, gdzie przechowywana jest fajka. Powiedział mi, że to jest pierwszy raz, kiedy ksiądz lub pastor przychodzi z taką prośbą, i że on czuje się zaszczycony. Latem 1977 w pierwszy dzień Tańca Słońca, zawiniątko zostało wyniesione na zewnątrz na ceremonię publiczną. Sidney Keith, dostojnik plemienia, bronił mojej obecności w tamtym miejscu przed pewną kobietą Lakota, która się temu sprzeciwiała. Powiedział mianowicie, że Fajka Cielęcia jest dostępna dla każdego niezależnie od jego rasy, i tak właśnie będzie w tym przypadku."

Steinmetz w końcu dostał tę fajkę, aby używać jej podczas katolickich nabożeństw. Iron Rope, szanowany szaman [medicine man] z osady Slim Butte, powiedział wówczas: "Jestem szczęśliwy, że Ojciec zainteresował się Fajką. Może Ojciec używać fajki podczas mszy. ... Chciałbym, ażeby Ojciec używał fajki, kiedy modli się podczas mszy." Steinmetz powiada, iż duchowy przywódca Oglalów, Pete Catches wyraził to samo uczucie "broniąc moich modlitw z Fajką na tej zasadzie, iż ja, jako kapłan, byłem odpowiednikiem 'świętego człowieka' w tradycyjnym rozumieniu Indian Lakota. Kiedy w roku 1974 zabrał mnie na pewną górę na dwudniowy post z Fajką, powiedział mi, że niektórzy pewnie mieliby mu to za złe, ale dla niego był to jeden z największych zaszczytów w jego życiu."

Poglądy wyrażone przez Fools Crow, Black Elk'a i wielu innych duchowych przywódców Indian wyraźnie przeciwstawiają się stanowisku Meansa: "Nasze religie należą do nas. ... Mamy także wszelkie ludzkie prawa odmówić wam udziału w nich, czy wam się to podoba, czy nie."

Jest ironią, gdy indiańscy ekskluzywiści świadomie ignorują nauki własnej duchowej starszyzny. Jednakże muszę zaprotestować, kiedy ogłaszają, jakoby większość podstawowych i uniwersalnych duchowych rytuałów - takich jak łaźnie potów, rytualne okadzanie oraz wyprawy po wizje są wyłączną własnością Indian, i kiedy wzywają do nękania Białych stosujących te rytuały.

Uniwersalna praktyka łaźni potów

Zastosowanie łaźni potów dla celów duchowych i uzdrowicielskich jest niezwykle starym i nieomal uniwersalnym ogólnoludzkim obyczajem. Manitoquat poczynił następujące spostrzeżenia odnośnie szałasu potów: "Starsi z mojego plemienia wiele lat temu ... pouczyli mnie, ażebym objaśniał nasze obyczaje każdemu nie-Indianinowi, który byłby nimi zainteresowany. Od tamtego czasu opowiadałem o tym obyczaju [of this way] w wielu miejscach na całym świecie, i stwierdziłem, że użycie pary dla uzdrawiania jest czymś bardzo powszechnym i bardzo starożytnym na tej planecie. Niegdyś wszystkie zastosowania uzdrawiającej pary miały charakter duchowy, ale te obyczaje [ways] zostały utracone przez ludzi, kiedy ci nawracali się na inne religie. I dlatego ja jestem przekonany, że pot [czyli łaźnia potu] jest dla wszystkich ludzi, nie tylko dla mojego narodu."

Jakkolwiek chrześcijańskie władze kościelne w Europie skutecznie ukróciły tradycyjne ceremonie praktykowane w łaźniach potu, są dowody, że łaźnie takie były kiedyś rozpowszechnione w wielu kulturach Europy. Irowie i Szkoci stosowali kąpiele połączone z poceniem się w ogrzewanych kamiennych izbach. Saamowie [Lapończycy] na północy Europy urządzali pocenie się w szałasach podobnych do tipi.

Mikkel Aaland w swej książce "Sweat" zauważa, iż urządzenia podobne do sweat lodge odkryto w niemalże wszystkich krajach na Ziemi. Występowały we wszelkich kształtach i formach: okrągłe, kwadratowe, małe, ozdobne, proste, ale ich zastosowanie było zadziwiająco podobne. Były używane w specyficznych celach duchowych i leczniczych w wielu kulturach. Aaland stwierdza na przykład: "W Finlandii kobiety zwykle rodziły dzieci w saunach, aby przebywać w obecności dobroczynnych duchów. Wierzono, iż owe duchy łagodzą bóle porodowe i zwiększają szanse przeżycia zarówno matki jak i dziecka. ... W krajach islamu, na Bliskim Wschodzie, kobiety podczas ceremonii zaślubin chodziły do tamtejszej odmiany parowej łaźni zwanej hamman; działo się to trzy razy w czasie wesela trwającego kilka dni, po czym w przeddzień ślubu następowała ostateczna kąpiel oczyszczająca. W Rosji uczestnicy uroczystości żałobnych palili w łaźniach, aby ogrzać swoje dusze oraz dusze zmarłych.

Aaland podaje szczegóły odnośnie duchowych początków obyczajów przestrzeganych w fińskich łaźniach potu: "Dom potów, przez to, że dawał schronienie ogniowi i zapewniał nadzór nad numinalną mocą płomienia, stał się miejscem świętym, świątynią. Użytkownicy sauny w Finlandii w dawnych czasach wierzyli, iż ogień jest darem z nieba, i jeżeli dba się o niego, zasilając go dobranym drewnem i przestrzegając odpowiednich rytuałów, choroby i wszelkie duchowe zło może zostać przegnane. ... Wiele kultur stosujących łaźnie potu odkryło, iż kamienie mogą absorbować moc ognia, i przez to również kamienie nabierały duchowej wartości. ... Kiedy chlapano wodą na nie, wytwarzana wtedy para stawała się następnym środkiem przenoszącym ciepło i kolejnym przedmiotem czci. Finowie nazwali tę parę loyly, czyli duchem życia."

Aaland także obszernie opisuje popularne łaźnie potów w Japonii: "Chociaż łaźnie tureckie i fińskie sauny cieszą się wielką popularnością w Tokio, to współistnieje z nimi tamtejsza rodzima kultura łaźni potów, potwierdzając to, czego dowiodły moje badania: że niemal każdy lud, w pewnym okresie swojej historii, wynajdywał jakąś formę kąpieli w gorącym powietrzu lub parze."

Faktycznie, Japończycy znają wiele typów łaźni parowych: mushi-buro; kama-buro, która przypomina piec garncarski; ishi-buro, czyli jamę wydrążoną w skalnym zboczu; i jeszcze kilka innych odmian. Yosai Aotani, japoński poeta i uczony, żyjący w latach 1868-1910, napisał taki oto wiersz o kama-buro, czyli o łaźni w kształcie garncarskiego pieca:

Kiedy wpełzasz do kama-buro Jest jak w nocy, Potem widzisz białe światło dnia, gdy łagodniejąca para sięga płuc i brzucha. Pot uwalnia się strumieniami a moc tej łaźni-pieca równa się setkom leków.

Podobne świadectwa uzdrawiającej mocy łaźni potu można odnaleźć w wielu kulturach, i wskazują one, iż siła i duchowe znaczenie właściwe szałasowi potu jest doceniane w najrozmaitszych kulturach od setek, jeśli nie tysięcy lat. Ten fakt w oczywisty sposób podważa argument, jakoby łaźnie potu były wyłączną własnością Rdzennych Amerykanów.

Uniwersalna praktyka palenia szałwi

Rytualne zastosowanie szałwi i innych kadzideł jest inną nieomal uniwersalną praktyką ludzkości. Oczywiście, zarówno bylica [ang. sagebrush = 'szałwia krzewiasta'] (rodzaj Artemisia) jak i biała szałwia [ang. white sage] (rodzaj Salvia) są w powszechnym użyciu w ceremoniach Indian Ameryki Północnej, aczkolwiek ich zastosowanie nie ogranicza się do tych ceremonii.

Delores La Chapelle w swojej książce pt. "Sacred Land, Sacred Sex, Rapture of the Deep" cytuje zdanie Herberta Wrighta o rozpowszechnionym użyciu bylicy w całej ludzkiej historii. Wright pisze, że flora północnej Afryki, Hiszpanii, Grecji, Iranu i Syrii była dawniej zdominowana przez gatunki z rodzaju Artemisia, czyli bylice lub piołuny. La Chapelle zauważa: "Nic dziwnego, że Artemida, jedna z najważniejszych greckich bogiń, ma to samo imię, co ta roślina... [Artemisia] rosła w obfitości na górze Tajgetos, miejscu, które upodobała sobie Artemida."

Różne gatunki rodzaju Artemisia są używane regularnie w Nepalu i w Indiach. T. Chandra Majupuria i D. P. Joshi odnotowują w swojej książce "Religious and Useful Plants of Nepal and India", iż bylica jest tradycyjnie używana w wielu ceremoniach. "Liście tej rośliny ofiarowuje się Śiwie, wcześniej odśpiewawszy rozmaite mantry. W miesiącu śravana [lipiec-sierpień] kwiaty tej rośliny ofiarowywane są Wisznu i Surji. Na zakończenie ceremonii pogrzebowych również Hindusi używają liści lub kwiatów tej rośliny. Powiada się, iż dzięki zapachowi tej rośliny wielu religijnych ludzi unikało senności i ziewania.

Chociaż prawdziwa biała szałwia jest rośliną występująca tylko w Ameryce Północnej, i różni się botanicznie od bylicy [po angielsku nazywanej "szałwią krzewiastą"], te dwie rośliny są często używane zamiennie do palenia podczas obrzędów amerykańskich Tubylców. A nawet, gdyby tak nie było, to istnieją inne gatunki szałwii, rosnące wokół Morza Śródziemnego i w Azji, i tamtejsze ludy odkryły potężne duchowe właściwości owych szałwii na długo zanim Europejczycy weszli w styczność z pierwotnymi plemionami Ameryki.

M. Grieve, w książce "Modern Herbal", pisze iż nazwa rodzaju Salvia pochodzi "od łacińskiego słowa salvere, 'być uzdrowionym', co wiąże się z leczniczymi właściwościami rośliny. ... Wśród starożytnych i w średniowieczu szałwia cieszyła się wielkim szacunkiem: Cuir moriatur homo cui Salvia crescit in horto? (Czemu miałby umrzeć człowiek, gdy w jego ogrodzie rośnie szałwia?)"

Badając europejskie tradycje co do zastosowania szałwii i bylicy stwierdzamy, iż obie te rośliny były stosowane do odpędzenia niezdrowych wpływów i do zaprowadzenia wpływów czystych i dobroczynnych - a więc w celach bardzo podobnych to tych znanych z tradycji amerykańskich. Jeżeli ktoś chce, by Biali dochowywali wierności swoim duchowym korzeniom, powinien ich zachęcać do regularnego palenia szałwii - a nie zabraniać im jej użycia.

Poszukiwanie wizji i odnowy

Wyprawy po wizje [vision quests] są rozpowszechnione wśród wielu rodzimych kultur Ameryki Północnej, jednakże przykłady podobnych rytów inicjacyjnych odbywanych w dzikich miejscach znaleźć można na całym świecie. W wielu szamańskich tradycjach jest regułą, że inicjowani podejmują wyprawy do odludnych miejsc, aby nawiązać kontakt ze szczególnymi świętymi mocami, które zasiedlają ziemię. Tak dzieje się w przypadku yamabushi w Japonii, mudang w Korei lub curanderos w Peru, by wymienić tylko kilka przykładów. Wiedza o tym, że ludzie mogą nawiązać łączność z głębokimi świętymi mocami Ziemi i Stwórcy poprzez spędzenie pewnego okresu czasu na odosobnieniu na łonie przyrody - na poszukiwaniu wizji - jest rozpowszechniona na całym świecie. W istocie, wiedza o tym, że ludzkość musi okresowo wracać do dzikiej przyrody po odnowę, jest jawnie lub niejawnie zawarta w większości religijnych tradycji świata.

Black Elk powiadał, że jest wiele powodów, aby pójść na odludzie na poszukiwanie wizji (przy czym poszukiwanie wizji nazywał "lamentem"). Powiedział: "Jednak być może najpoważniejszy sens 'lamentowania' jest taki, że pomaga to nam zdać sobie sprawę z naszej jedności ze wszystkimi rzeczami, pomaga wiedzieć, że wszystkie rzeczy są naszymi krewnymi, i że dzięki wszystkim rzeczom i poprzez nie my modlimy się do Wakan-Tanka, aby zechciał nam dać wiedzę o Sobie, o tym, który jest źródłem wszystkich rzeczy, lecz większy jest od wszystkich rzeczy.

Podobnie Steven Foster i Meredith Little piszą w książce "The Book of Vision Quest" [Księga Poszukiwania Wizji], że główny sens poszukiwań wizji w odludnych okolicach polega na kontaktowaniu się z Matką Ziemią jako aspektem sacrum. Foster i Little przypominają nam, że "dar miłości do naszej Wielkiej Matki dany jest nam wraz z urodzeniem. Lecz my często tracimy pamięć o tym. Dlatego właśnie koniecznym jest od czasu do czasu pójść do niej, pościć i pozostawać w samotności tylko z nią, abyśmy w pełni przypomnieli sobie rodzinne pokrewieństwo między naszą kością i jej kamieniem, naszą krwią i jej rzekami, naszym ciałem - i ciałem przyrody."

Tradycje oddalania się w dzikich okolicach odnajduje się w wielu religiach. W niektórych chrześcijańskich zakonach (zwłaszcza u karmelitów) zaleca się regularne duchowe odosobnienia na odludziu. Karmelitanin Ojciec William McNamara pisze, że pierwsi karmelitanie byli ludźmi świeckimi, którzy żyli jako pustelnicy, w pojedynkę w jaskiniach i szałasach na stokach góry Karmel. Zauważa on, iż wielu mistyków wczesnochrześcijańskich udawało się na pustynię, aby modlić się i przebywać blisko Boga, jako że właśnie na odludziu można spotkać Boga, święte centrum wszystkich rzeczy.

McNamara zauważa, że wielu proroków Starego Testamentu (z Eliaszem na czele), a nawet sam Jezus szukali duchowej odnowy i ściślejszego kontaktu z Bogiem na pustkowiach, a także sugeruje, iż takie odosobnienia w odludnych miejscach mogą być dobre dla każdej duszy: "Jeżeli Chrystus potrzebował okresowego wycofania się w ciszę i samotność, to wydaje się, iż jest skończonym zadufaniem, gdy się myśli, że możemy wciąż iść napędzani własną parą, wyrzekając się bezpośredniego i intymnego kontaktu z nieskończonym Źródłem naszego bytu."

McNamara wyjaśnia dalej, że na pustkowiu można znaleźć coś więcej niż tylko odnowę: mianowicie "wizję" swojego życiowego dzieła, własne powołanie, a także owo powołanie może tu uformować się i wykrystalizować (co zresztą stwierdzają liczni Rdzenni Amerykanie odnośnie własnych wypraw po wizje). Karmelici praktykują odosobnienia w dzikich miejscach, odnawiają tam bezpośredni związek z Bóstwem, a potem podniesieni tym na duchu wracają do świata, aby pomagać ludziom i łagodzić ich cierpienia.

Budda, kiedy wyruszał na poszukiwanie sensu życia, ogolił głowę, porzucił wszystkie rzeczy materialne, i poszedł do lasu na sześć lat. W swoim późniejszym życiu, nawet już po oświeceniu, spędzał on dziewięć miesięcy w roku nauczając, zaś pozostałe trzy - na odosobnieniu w prostych warunkach, na łonie przyrody. Idąc za przykładem Buddy, niektóre szkoły buddyzmu konsekwentnie zalecają przebywanie w samotności pośród natury jako podstawową metodę na osiągnięcie oświecenia. Wśród japońskich buddystów tradycją jest okresowe udawanie się na odosobnienie do klasztorów, które zazwyczaj położone są w miejscach dzikich i odludnych. Również takie odosobnienia na odludziach były w zwyczaju pośród praktyków buddyzmu i taoizmu w Chinach.

Jak pisze Edward Canda, buddyjski mnich z Korei, Yi Kap-lyong "pędził samotne życie w jaskini, czasami żywiąc się tylko igłami sosny. Podczas wielu snów, wizji i objawień pustelnik ów nawiązał niezwykłą znajomość z san si [duchem góry]." Canda stwierdza, że ów duch góry może pełnić rolę przewodnika na drodze duchowego rozwoju. "Może on udzielać wielkiej inspiracji komuś, kto spotka go ze szczerą intencją. Można go znaleźć w trakcie wypraw po wizje, ale może też się ukazać ludziom, którzy się tego nie spodziewają, jakkolwiek są tego godni."

W Korei zarówno osoby mające być inicjowane na szamanów, jak i poszukiwacze religijni, są zachęcani do tego, aby odbywać okresowe samotne pielgrzymki w skaliste góry tego półwyspu. Canda pisze, że koreańscy szamani regularnie podróżują w góry "aby wzmocnić się duchowo i uzyskać wizje".

Potrzeba powracania do miejsc, gdzie mieszka Bóg, potrzeba dotknięcia osnowy dzieła Stworzenia, zerwania z tym, co w codziennym życiu jest powierzchowne i nieautentyczne, przywołania sacrum na pomoc w naszym cierpieniu i poszukiwania sensu - to są rzeczy powszechne. A zatem, wyprawy w odludne okolice, aby znaleźć Boga i święte wizje, nie są tylko dla Indian, nie tylko dla Białych, nie tylko dla Azjatów - ale dla wszystkich ludzi.

Duchy same wiedzą najlepiej

Moim zdaniem, te osoby, które chcą ograniczyć duchowe ceremonie według rasowych linii podziału, ignorują pewien kluczowy element związku ludzkości z sacrum: to, iż sacrum manifestuje się w sposób przez siebie wybrany, oraz tym, których wybiera. Członkowie dowolnej kultury, którzy zapewniają, iż rozumieją intencje i dynamikę sacrum w jego manifestacjach lepiej niż samo sacrum, winni są, według mnie, pychy, albo co gorsza - fanatyzmu.

Święty człowiek Lakotów, Fools Crow, rzekł pewnego razu: "Ja zawsze proszę, w moich modlitwach i rozmowach, nie tylko o to, co ja chciałbym, aby się stało, bo nikt nie może głosić, że wie, co jest dla ludzi najlepsze. Wakan-Tanka i Dziad - oni sami wiedzą co jest najlepsze, i dlatego właśnie, nawet jeżeli się martwię, moich myśli nie ogarnia lęk przed przyszłością. Ja poddaję wszystko woli Wakan-Tanki. Nie jest to łatwe, i większość ludzi uważa, że to jest niemożliwe."

Oczywiście, indiańscy ekskluzywiści mogą dalej twierdzić, że wiedzą bez wątpienia - lepiej niż ich duchowa starszyzna - co Stwórca wymaga od innych ludzi, jak inni ludzie mają oddawać mu szacunek, i jakie ceremonie każdy ma przeprowadzać. Jest możliwe, że na jakiś czas ludzie ci mogą wyperswadować niektórym tubylczym przywódcom, aby ograniczyli dostęp do pewnych ceremonii według kryteriów rasowych lub plemiennych. Mam jednak poważne wątpliwości, czy Duch pozwoli się zamknąć wewnątrz takich sztywnych granic.

Pozostaje też pełen nadziei, jako że czytałem, iż wielu wysoce godnych szacunku tubylczych proroków i nauczycieli, od Black Elk'a aż do Komancza Quanah Parkera, przewidziało czasy, kiedy dzieci wszystkich ras razem będą celebrować obrzędy świętości Ziemi.

Według relacji Vinsona Browna, wielki mistyk Oglalów, Crazy Horse miał wizję takiej oto przyszłości:

Ujrzał on swój lud zepchnięty w duchową ciemność i ubóstwo, podczas gdy biali ludzie wszędzie wokół nich zażywali materialnego dobrobytu, ale widział też, że nawet w najciemniejszych czasach oczy nielicznych spośród jego ludu zachowały światło poranka i mądrość ziemi, tak iż przekazali to niektórym ze swych wnuków. Widział on nadejście samochodów i samolotów, i dwakroć ujrzał wielka ciemność i usłyszał jęki i eksplozje, gdy miliony ludzi umierały w dwóch wielkich światowych wojnach. Lecz po tym, jak minęła druga wielka wojna, ujrzał on jak nadchodzi czas, kiedy jego lud zaczyna się budzić, nie wszyscy naraz, lecz po kilku tu i tam, a potem więcej ich było i więcej, i zobaczył ich, jak tańczą w pięknym świetle Świata Ducha pod Świętym Drzewem - a mimo wszystko na ziemi. Wtedy zadziwił się, gdyż zobaczył, że ci, którzy tańczyli pod tym drzewem byli przedstawicielami wszystkich ras, którzy stali się braćmi, i zdał sobie sprawę, że świat będzie na powrót uczyniony nowym, w pokoju i w harmonii, nie tylko przez jego ludzi, ale przez członków wszystkich ras ludzkości.

Szczerze wyglądam dnia, kiedy zarówno Indianie, jak i nie-Indianie będą mogli badać religijne tradycje według swojego wyboru, jak również dnia, kiedy ludzie nauczą się respektować wybory dokonane przez innych. Na razie pocieszam się nauką, jaka wypływa z historii, że odrobina wrogości i religijnych prześladowań może w istocie wzmocnić czyjeś religijne przekonania. I gdy tylko ludzie okrywają pewną nową lub starą religię, która lepiej im służy aniżeli inna, lub kiedy odnajdują jakąś rytualna praktykę, która pomaga im odnaleźć głębszy związek ze świętym centrum życia, wtedy mówię: błogosław im, Boże.

Stephen Buhner


Oryginał w: Shaman's Drum nr 51, Wiosna 1999. Str. 4-12. Do Earth-Based Ceremonies Belong to Natives Only?
Przekład: Wojciech Jóźwiak. Tłumacz pominął przypisy Autora, gdyż odsyłają one do literatury nie znanej w Polsce.

przypisy

1. Termin 'Indianin, indiański' (Indian) powoli staje się w języku angielskim archaizmem, i zastępowany jest przez bardziej elegancką formę Native American, którą starałem się oddać po polsku jako 'Tubylec, tubylczy', często pisząc to słowo, jako nazwę ludu, z dużej litery. W paru miejscach piszę także: 'Rdzenni Amerykanie', choć to brzmi niezręcznie. (WJ) wróć

2. Nie tłumaczę indiańskich imion podanych w artykule w wersji angielskiej. (WJ) wróć

3. Kobieta Od Cielęcia Bizona, ang. Buffalo Calf Woman: mityczna boska osoba, która przyniosła świętą fajkę ludowi Lakota. Pierwszy młodzieniec, który spotkał Kobietę Od Cielęcia Bizona, nie umiał jej właściwie przyjąć, i spłonął w żarze, jakim była otoczona. (WJ) wróć

Stephen Buhner

Komentarze: 1

1. Ayahuasca i Santo Daime - na pół roku do Brazylii • autor: (2016-09-20 21:32:36)

Witam.
Ceremonie zwracające się ku ziemi, słońcu, księżycowi i gwiazdom, czyli naturze sa nam najbliższe, ale odcieliśmy się od nich w pędzie "cywilizacyjnym". Nieliczni śledzą naturalne cykle.
Jedynie plemiona indian i rdzennych mieszkańców Ziemi tą tradycję niezmiennie od setek, może i tysięcy lat kultywują.


Odpowiadając na rosnące zainteresowanie tematem Ayahuasca i Santo Daime wyruszam na pół roku do Brazylii by zgłębić tą tysiacletnią tradycje i jej wpływ na społeczności używające napoju w ceremoniach oraz jaki pozytywny wpływ może mieć na zachodnie społeczeństwo.


Zapraszam do śledzenia

http://ancient-healers.iibrasil.com/p/santo-daime-i-ayahuasca-sciezka.html