Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-01-21

Krzysztof Kolecki

Buriat stoi na dwóch nogach
Krótka odsłona buddyjsko-szamańskich zmagań na froncie z Bajkałem pośrodku

Dlaczego Bajkał? Dlaczego Syberia? Jest na to kilka prostych odpowiedzi. „Bo tam jest pięknie” – tak obcesowo wyjaśnił mi pewien nowo poznany człowiek, gdy go zapytałem, dlaczego właściwie na handel jeździ do Rosji aż 6 tys. km, skoro można by bliżej. Druga odpowiedź była do odnalezienia w każdym prawie komentarzu rodziny, przyjaciół, znajomych i dalekich współpracowników na newsa, że planujemy podróż Transsibem nad Bajkał. „Wow! Toż to było od prawie zawsze również i moim marzeniem.” Myślę sobie, że dochodzi tu do głosu prawdopodobnie zbiorowa pamięć narodowa niegdysiejszych naszych katorżników-zesłańców. Pewnie Bert Hellinger miałby na to potwierdzenie. Po trzecie: nasze wieloletnie zainteresowania praktykami szamanistycznymi, które do tej pory bardziej grawitowało wokół kultur Ameryk musiało w końcu opaść na szerszy grunt ziemi centralno-azjatyckiej, skąd termin szamanizm oryginalnie się wziął i skąd go rozsławiono. Pochodzi stamtąd jeden z naszych nauczycieli – Lucis (niegdyś szerzej zwany Lucisem Ar Pustotą). W końcu – syberyjska tajga ma być ponoć naturalnym domem szamanki-pustelnicy Anastazji, opisywanej przez Władimira Megre w serii „Dzwoniące Cedry Rosji” tak sugestywnie, że poruszenia duchowej wyobraźni przez tą historię wywołane można śmiało porównywać z impaktem, jaki wywarł podający się za antropologa Carlos Castaneda swoim (niestety jak się potem okazało – zmyślonym) Nagualem Don Juanem.

A więc ruszyliśmy w drogę. Oprócz gwoździa programu, bajkalskiej wyspy Olchon, zapisałem w pierwotnej wersji programu wyprawy nieukonkretniony jeszcze punkt, który brzmiał: „Ułan Ude – centra szamańskie/buddyjskie” Wkrótce miałem zrozumieć skąd wziął się ten mój tajemniczy skrótowy „/”.


Buriacja i Przybajkale szamanizmem stoi...

...jak udowadniali w swych reportażach Wojciech Grzelak („Ziemia Szamanów. Tajemnicze zjawiska z Syberii”) oraz B. Jastrzębski i J. Morawiecki („Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach.”) Nie uszedł też naszej uwadze, bo nie mógł ujść, ujmując swoim sarkastycznym poczuciem humoru i odwagą dziennikarz TTV Przemek „Kosa” Kossakowski, który w swej podróży na wschód w poszukiwaniu ezoterycznych form uzdrawiania, etap końcowy osiągnął poprzez odpłynięcie w trans wywołany kamłaniem szamana odzianego w dres w powstałym już w XXI w. Centrum Szamanizmu <<Tengeri>> w Ułan Ude właśnie.

Szamanizm płynie przecież we krwi tamtejszych narodów i oddycha nim las oraz step tej ziemi. Buriaci nawet Lenina w latach dwudziestych usiłowali politycznie sprzedawać swoim pobratymcom z Mongolii, jako urodzonego z cudownymi darami bohatera i mędrca wzorując go na mitycznych postaciach ze stepowych legend. To po trosze wyjaśnia jego utrzymujące się do dziś uwielbienie, za które współcześnie w Polsce pewnie pogroziłaby nam palcem prokuratura. Głowa tawariszcza Illicza jest nadal obowiązkowym punktem do zwiedzania w centrum stolicy Republiki Buriacji. Jednak w spisach powszechnych blisko 80% Buriatów określa się z konfesji jako lamaistyczni buddyści. Pomimo tego w sytuacjach typu „gdy trwoga to do Boga” udają się po pomoc do szamana właśnie. Jak tego doświadczył Kosa – z wódeczką i ciasteczkami. O czym to świadczy? Proces kształtowania się tożsamości kulturowo-narodowej Buriatów był w Rosji carskiej a potem w ZSRR niezwykle złożony. Opisał go zgrabnie Albert Jawłowski w książce „Milczący Lama. Buriacja na pograniczu światów.” Do tego kim był i jest ów milczący lama – wkrótce wrócimy. Dzięki elastyczności swych kształconych w filozofii buddyjskiej lamaistycznych elit Buriaci kręcąc się jak przysłowiowy kurek na wietrze, lub może raczej jak dwugłowe orły w wieżach Kremla (tak, tak! – one też poddają się prądom żywiołu, ta obserwacja, czysto fizykalna; nie robię tu wycieczek politycznych; mnie nielicho zdumiała w Moskwie) potrafili przetrwać nieliche zawieruchy i stopniowo ugruntowali swą tożsamość narodową, kulturowo-religijną, teraz traktując ją jako kapitał nie tylko polityczny lecz, co rzuca się w oczy turystom – jako marketingowego samograja. Przykładem jest rosnąca liczba pomników w Ułan Ude, czerpiących z dumnych tradycji czyngiz-chanowskich. Zrobili to w myśl zasady: „Buriat stoi na dwóch nogach. Jedna to szamanizm, druga – buddyzm. Przecież byłby głupi, gdyby dał sobie amputować jedną z nich.” Tą mądrością życiową podzieliła się z Jawłowskim pewna tamtejsza pani etnograf, i nie tylko ona.

Inną zgrabnie ten fenomen elastycznej dwunożności religijno-politycznej ujmującą przypowieścią jest legenda o pojedynku na moce pomiędzy szamanem a buddyjskim lamą, do której miało dojść pół tysiąclecia temu na jednej z gór mocy. Szaman miał bardzo niestrategicznie wyczerpać swą całą magiczną energię na akt przeistoczenia się w skałę i skamląc o pomoc mnicha niczego już nie wskórał. Lama odpowiedział tylko na odchodnym: „nie martw się, potkwisz tu 500 lat, a ja porządzę i potem wrócisz.” Te pięćset lat, jak się o tym mówi, minęło gdzieś około przełomu XX I XXI w. A więc obserwujemy niewątpliwe odrodzenie szamanizmu na Syberii. Pozostaje ono w synergii z ogólnoświatowymi trendami na poszukiwanie nieortodoksyjnych mądrości i praktyk ezoterycznych. Jak wiemy – bardzo w stylu konsumpcjonistyczno-merketingowej sałatki New Age. Rzeczywiście i w drodze do serca południowej Syberii w transsyberyjskiej kuszetce, jak i na miejscu, w którym mieliśmy doświadczać swoistego safari – na pięknej wyspie Olchon, słyszeliśmy od tambylców dokładnie to samo. „Niewielu już zostało prawdziwych szamanów, to co zobaczycie to głównie show pod turystów”. Wielu współczesnych kulturoznawców i antropologów twierdzi to samo. Przebierańcy, nie-przebierańcy... ale jest na co popatrzeć. Nie zależało nam bynajmniej na uzyskaniu duchowej pomocy od jakiegoś autentycznego pośrednika ze światem duchów górnych i dolnych. Bardziej związani z tradycją szacunku do Pachamamy – zależało nam na poczuciu energii miejsc, zwłaszcza tych nie dość, że obdarzanych kultem, to jeszcze pięknych. Takich, jak słynna skała Szamanka w miasteczku Chużyr w środku Olchonu, patrząca na ciepłe wody Małego Morza, jak się tę połać Bajkału lokalnie nazywa. Przewodniczka uświadomiła nas, że coroczne spotkanie szamanów przy skale parę dni temu właśnie dobiegło końca, lecz swą energię wspieraną energią tutejszej skały, ziemi i wody pozostawili silną. Ale już 15 km dalej – na wyspie Ogoy tamtejszą energię zawłaszczono na rzecz buddyzmu. Otóż buddyści z tradycji tajlandzkiej Hinajany (wyjątkowo dla tego obszaru nie najpopularniejszej wersji Dharmy) postawili tam stupę, zadowalając się tym miejscem jako zastępczym, po tym jak nie zdołali przeprowadzić tego planu na Olchonie. Szamańską integralność głównej wyspy Buriaci obronili. Tę potyczkę wygrywa więc tradycyjny władca Niebiańskiego Stepu – Chan Tengeri!

Piękne i przeczyste (wiem, bo sam piłem wprost z niego wodę) mimo rosnącej liczby zakładów przemysłowych i hoteli jezioro Bajkał więc można określić linią frontu historycznych zmagań Buddyzmu z Szamanizmem. I już wiemy skąd w moich planach ten enigmatyczny „/”.

„Mamy tu dwa skarby – Bajkał i Itigiełowa”

No właśnie – zaraz, zaraz; powie uważny czytelnik „Czterech zachodnich Staruch” – przecież buddyzm obecnie też bynajmniej nie ustępuje, ale odradza się i coraz bardziej zyskuje na popularności, nie tylko w Buriacji, lecz w całej Rosji. Naturalnie, że nie odkryłem jeszcze wszystkich moich kart. Prócz czterech powodów dla tej wyprawy wymienionych na wstępie, kto wie czy nie podświadomie najważniejszym było złożenie uszanowania pewnemu fenomenowi. Człowiekowi? Relikwii? Zjawisku? Wszyscy prawie mają tu ontologiczny problem: z czym mamy tu właściwie do czynienia. Prawdy historyczne (których zachowało się niewiele), wspierane danymi naukowymi (które są trudne do pozyskania i jeszcze trudniejsze do zinterpretowania) mieszają się ze sporą dawką świadomie rozpowszechnianej mito-propagandy. KIM JEST ÓW MILCZĄCY MNICH?

Głośno o nim stało się w roku 2002, kiedy to gazety doniosły o cudownym znalezisku dokonanym przez mnichów z bliskiego Ułan Ude buddyjskiego dacanu w Niżnym Iwołgińsku. Odnaleziono ciało byłego przywódcy buriackich buddystów – XXII Czambo Lamy Daszi Dordże Itigiełowa. Nie po raz pierwszy bynajmniej, lecz przynajmniej w okresie politycznej potrzeby. Mnich ów już za życia znany i szanowany (inaczej nie mógłby przecież wygrać komunistycznie promowanych wyborów na zwierzchnika Sangi Buriackiej) po trzecim odnalezieniu/odkopaniu ciała (proszę zauważyć, że świadomie nie piszę „po śmierci”!) stał się już legendą pełną gębą. Podania głoszą, że miał zapowiedzieć swe powtórne nawiedzenie powierzchni ziemi, wraz z paroma innymi przepowiedniami zresztą. Podobno wręcz zapowiedział w trakcie wchodzenia w ceremonialną medytację świadomego umierania, że należy go odkopać po 30 i po następnych 20 latach. Rok jego ostatecznego wydobycia na powierzchnię – to 75 lat po śmierci, dodatkowo magicznie-astrologicznie zbiegł się z ważną rocznicą śmierci Założyciela Lamaizmu Buriackiego – pierwszego z Czambo Lamów Damba Dordże Zajajewa. Szybko sprawni PR-owsko lamowie Iwołgińskiego Dacanu, który już za komuny cieszył się poparciem sfer rządowych a i po pierestrojce również, okrzyknęli to zapowiedzianym cudem. W końcu ze skrzyni zasypanej solą wydobyto nie szkielet, lecz dobrze zachowane ciało, siedzące godnie w pozycji lotosowej, w której jego właściciel zainicjował ceremonialne umieranie. Znane są w świecie buddyjskim fenomeny świadomego umierania w trakcie medytacji, mówi się w legendach o mnichach którzy urzeczywistnili tak zwane „Tęczowe Ciało” i zdematerializowali się pozostawiając po sobie jedynie parę drogocennych pereł oraz ulotne kolorowe zjawisko na niebie. Znane są też makabryczne fenomeny systematycznego i długotrwałego samomumifikowania się mnichów japońskich. Lecz dotąd do żadnego z nich nie dopuszczono rosyjskich uczonych. Nie pozwolono im wprawdzie na stosunkowo mało inwazyjne techniki badawcze – rentgena i wszelkie skaningi, lecz o dziwo pozwolono pobrać małe próbki włosów, paznokci i skóry. Kilkoro badaczy, w tym człowiek, który badał ciała zamordowanej rodziny carskiej orzekło... no, w skrócie orzekło, że nie wiedzą z czym tak na prawdę mają do czynienia. Z opowieści mnicha oprowadzającego już prawdopodobnie codziennie, i na pewno bez konieczności kupowania sobie „biletu” poprzez donację na rzecz świątyni, po duganie w którym wystawiony na widok wiernych jest siedzący i milczący Itigiełow, wynika, że anatomopatolodzy dumają obecnie nad stworzeniem zupełnie nowej kategorii stanu, w jakim może znajdować się ciało. Nie jest to stan zmumifikowania naturalnego, nie jest to stan mumifikacji celowej, nie jest to stan pośmiertnego rozkładu i nie jest to stan komy, ani życia. Skoro nie żaden z tych pięciu, to co? Najbliżej tkankom Czambo Lamy jest jednak do stanu tkanek człowieka zmarłego zaledwie przed trzema dobami. Orzekł tak jeden z autorytetów Rosyjskiej Akademii Nauk. A ontologia buddyjska co na to? Sam Dalaj Lama odparł coś w stylu: „Nie podniecajcie się niezdrowo – w praktyce buddyjskiej to normalne. On jest nadal w stanie głębokiej, katatonicznej medytacji.” Wierni bardzo często widzą, jak skóra na czole ukochanego lamy spływa potem, medycy wyczuwają nawet bardzo spowolniony puls. Wielu postrzega spontaniczne uzdrowienia wizytujących go wiernych, jako skutek skutecznego wstawiennictwa Cudownego Lamy w ich proszebnych modłach. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mnisi robią na Cudownym Lamie teraz już nie tylko polityczny kapitał, ale też zwykły – ekonomiczny. Przecież nie tak trudno obliczyć sobie, że korzystniej wyjdzie miast kasować tylko kilka razy rocznie za wstęp do Czambo Lamy, dopuszczać do niego bez przeszkód i wystawiać na pokusę nabywania niezliczonych dewocjonaliów.

Schemat modlenia się „cywilnych” wiernych w dacanach buddyjskich przypomina logistyką carską lub sowiecką biurokrację. Należy wypełnić swą proszebną intencją odpowiednie rubryczki w formularzu i wnieść w kasie dowolną opłatę. W odpowiednim czasie mnisi włączą tą zamówioną intencję do ogólnych mantrowych śpiewów. Nie natknęliśmy na ani jedną świątynię, która nie kusiłaby sklepikiem do nabycia jakiejś dawki spośród podaży setek kadzidełek, proporczyków, statuetek i innych pięknych bibelotków. W końcu nie samą medytacją mnich żyje.

Jeśli zaś chodzi o cudowne doznania przy „wiecznotrwałym”, jak go zwie wspólnota monastyczna, Czambo Lamie Itygiełowie – to ja osobiście, wpierw nawet w ułamku nie doceniając tego, jaki to zaszczyt zaraz mnie spotka; także doświadczyłem czegoś subtelnie dziwnego. Pozytywnym zdziwieniem było, że pomimo tego, iż wszystkie przewodniki, z których korzystaliśmy (najświeższy był sprzed 7 lat) twierdziły, że widzenia lamy odbywają się rzadko, okazjonalnie, my trafiliśmy na takie bez najmniejszego problemu – powtarzam – jakby było to już częścią porządku codziennego. Tak, niby to ni stąd, ni zowąd, nie musząc o to specjalnie zabiegać stanąłem „oko w oko” (raczej oczy w powieki) z żywą legendą. Jestem więc bliski pewności, że nie obciążałem sobie wtedy umysłu jakimiś specjalnymi oczekiwaniami. A jednak spoglądając Czambo Lamie w doskonale zachowaną twarz dojrzałem zadziwiająco spore jak na „trupa” bogactwo typowych ludzkich emocjonalnych wyrazów. Zdawało mi się, iż doskonale widzę jak Lama to mruży oczy, to otwiera, mruga, uśmiecha się i robi inne, wcale nie subtelne grymasy. Nie powiem, że zamarłem z wrażenia, wcale nie, raczej patrzyłem na niego jak na zwykłego, żywego mnicha, który jak wielu z nich jest swobodny w obyciu, otwarty na emocje do których nie lgnie, pogodny i nie stroniący od humoru. Po prostu miły, mądry człowiek. Jednak po kilkunastu sekundach mnie to zdziwiło. Następnie uświadomiłem sobie, że patrzę na niego przez przeciwsłoneczne okulary. Czy to możliwe, że to one tak dynamicznie zniekształcały mój odbiór wyglądu jego twarzy? Prędko je zamieniłem na zwykłe i z żalem muszę przyznać – ów percepcyjny fenomen momentalnie zniknął.

Pośród szerokiej gamy zdarzeń i wrażeń raportowanych przez wiernych podczas widzeń i modłów można odnaleźć i nieprzychylną interpretację stanu Czambo Lamy. Pewna buddystka zdradziła Albertowi Jawłowskiemu:

Wiesz, jakiś czas temu byłam w Górnej Iwołdze. Widziałam jego twarz. To nie była twarz buddy. Ja zobaczyłam w niej cierpienie. Wielkie cierpienie. I więcej tam nie pojadę. Innym też to odradzam.”

Zauważacie Państwo, że od tej obserwacji wieje grozą? Niestety nie wiemy dokładnie co miała na myśli. Czy chodziło jej o to, że Lama cierpi widząc to, jak robią z jego prywatnej drogi w Dharmie polityczno-ekonomiczne targowisko? A może jest ona zdania, iż ta swoista „nie śmierć-nie życie” jest raczej okrutnym przypadkiem, pewną formą uwięzienia, jak w przypadku upiora, którego dusza będąc przywiązaną do ciała i miejsca swej śmierci nie jest w stanie ruszyć dalej?

A może Cudowne Wiecznotrwałe ciało oświeconego Itygiełowa pełni rolę swoistego lustra dla naszej świadomości – każdy projektuje nań to, co nosi głęboko w sobie?

Od niedawna zaczęła się w Iwołgińskim Dacanie obok powstałego już stadionu do buche bariłdaan (tradycyjnych męskich sportów buriackich), budowa nowego, największego do tej pory duganu. Jego rola jest jasna – ma on dorównać wielkością innej dumie Tradycyjnej Sangi Rosyjskiej, a jest nią...


W pewnym buddyjskim kraju, w Europie...

Tak, to nie żart. Do tej pory nie miałem pojęcia, zapewne jak chyba każdy z państwa, że na terenie geograficznej Europy istnieje kraj, którego oficjalną religią jest buddyzm. Jest naturalnie częścią Federacji Rosyjskiej. To Autonomiczna Republika Kałmucji. Ten na stepach położony kraj, rozpostarty pomiędzy morzem Czarnym a Kaspijskim, w swej stolicy Eliście szczyci się największą buddyjską budowlą istniejącą na terenie całej Europie i Rosji razem wziętych. Skąd tam buddyzm? Waleczni Kałmucy – imigranci ze stepów bardziej środkowej Azji, w zasadzie odłam Buriatów, właśnie emigrowali w tamte tereny i za swą wojenną lojalność wobec caratu wywalczyli sobie przywilej swobodnego wyznawania swej pochodzącej jeszcze z czasów ugłaskiwania przez Tybet groźnych mongolskich watażków buddyjskiej, lamaistycznej wiary. Dacan zwany „Zołotaja Obitiel” zaiste robi wrażenie. Jest jednym ze światowo uznanych centrów buddyzmu. Odwiedzają go wierni ze wszystkich stron globu – mnisi z Tajlandii urządzają tam Święto Lampionów, a nawet regularnie przybywa tam sam lekarz Dalaj Lamy. Szczególną estymą cieszy się posąg Buddy Śakjamuniego, przedstawiany jako najwyższy w całej Rosji. Cała świątynia liczy sobie 68 m wysokości, zaś statua – 8 metrów i jest, rzecz oczywista – złota.

Dlatego też obecny, XXIV już Czambo Lama buriackich buddystów, Damba Ajuszejew, równie zręczny polityk, co sam Itygiełow, nie mógł pozostać w tyle. O czym wiele przestarzałych już przewodników również nie wspominało, równie wielka świątynia w roku 2004 stanęła na malowniczym wzgórzu w Ułan Ude, patrząc, jak tradycja przykazała, na wody rzeki Selengi. Nazwano ją „Rinpocze Bagsza”. Jej wnętrze jest na razie jedynym, które pozwala się fotografować. A jest na czym zawiesić oko, pod ścianą wije się mala o paciorkach wielkości arbuzów, a na czołowej ścianie zasiada sam Śakjamuni. Tak, nie mylicie się – obowiązkowo również złoty. Niestety, co dla buriackiej dumy jest pożałowania godne, ma jedyne 6 metrów wzrostu. Dla tego Ajuszejew czyni starania, aby go na swoim terenie odpowiednim, nowym posągiem przewyższyć. A i cudownie zachowanych ciał mnichów na świecie coś ostatnio przybywa. Sam rok 2015 przyniósł dwa takie znaleziska. Jedną naturalną „mumię” odnaleziono w braterskiej Buriatom Mongolii, druga objawiła się naukowcom z Rotterdamu w postaci ukrytego w posągu zachowanego całkowicie ciała mnicha z Chin (znów powtórzmy słowa Dalaj Lamy: „nic w tym niesamowitego”).

I tak ciągną się te rywalizacje, te wojny swoiste pomiędzy nie tylko buddyzmem a szamanizmem; ale też pomiędzy odłamani buddyzmu oraz całkiem braterskimi, lokalnymi jego oddziałami. Niczym za wojny bolszewickiej po upadku caratu. W bilansie naszej podróży, początkowo zakodowanym w owym skrótowym slashu również po skromnych obliczeniach, ja także muszę odtrąbić zwycięstwo Dharmy. Emocjonalna i jeszcze inna, nieuchwytna siła wyrazu, energia oraz nawet widokowe piękno architektoniczno-przyrodnicze miejsc związanych z szamanizmem była dla nas jednak znacznie mniejsza. Czy buddyzm zwycięża w tych zmaganiach po prostu dlatego, że łatwiej jest go sprzedać? Góruje przecież niepomiernie nad szamanizmem tradycją pisaną oraz kanonicznie ustalonymi formami ikonicznymi, które można sprzedawać w nieskończoność, czyniąc z tysięcy form Buddów, Bodhisatwów i Jidamów coraz to piękniejsze statuetki i tanki. Chyba przekaz ustny rytuałów szamańskich nie może się z tym równać. Po prostu buddyzm jest egalitarny a szamanizm jako bardziej ezoteryczny – elitarny.

Wierni stale szukają inspiracji, dziennikarze sensacji, a koło Samsary toczy się dalej. Na końcu wygra wiadomo – Pustka, która jest Nieskończoną Nirwaniczną Świadomością.


ZDJĘCIA:

(Wszystkie zdjęcia autorstwa Krzysztof Kolecki)

1. Iwołgiński Dacan, dugan w którym można spotkać się "oko w oko" z Lamą Itigiełowem.


2. Jedna z dwu głównych stup w nowym Dacanie Rinpocze Bagsza górującego nad Ułan Ude.


3. Złoty Budda Siakjamuni w Dacanie Rimpoche Bagsza, u jego stóp ktoś, kto jako żywo przypomina czcigodnego Da Mo - czyżby dar od Sangi Chińskiej?


4. Jeden z wielu ułan udeńskich pomników sławiących staro-mongolskie dziedzictwo Buriatów.


5. Szamańskie słupy Oobo na symbolicznej linii frontu pomiędzy buddyzmem a szamanizmem, tuż przed piękną skałą "Szamanka", Miasteczko Chużir, wyspa Olchon.


6. Oto i sama Szamanka (obowiązkowy punkt zdjęciowy dla każdego turysty) - nie da się ukryć - brzydko tam nie jest.


7. Tradycyjnie, odświętnie ubrani, czcigodni wiekiem przedstawiciele dumnego narodu buriackiego w oczekiwaniu na "darszan" u Czambo Lamy Itygiełowa.


8. Pogodny i pewny swego lama na terenie Dacanu Górnoiwołgińskiego.


9. Szamańskie miejsca mocy mają niestety to do siebie, że wierni "przyozdabiają" je dziękczynno-proszebnymi wstążkami aż poza granice kiczu i ekologicznej przyzwoitości. Mieliśmy wrażenie, że te tekstylia wkrótce zaduszą żywą przyrodę. Na zdjęciu, przy uzdrawiającym źródle "Swiatyj Istocznik" w górskim uzdrowisku (góry Tunkijskie Golce) Arszanie: "Biały Starzec" - jeden z najżywotniejszych symboli rdzennej tradycji środkowej Syberii a nawet większości świata. Podobno za jedne z jego aspektów/wcieleń uznaje się wszelkie odmiany Świętych Mikołajów.


Fragmenty tego tekstu zostaną wkrótce opublikowane pod tytułem: „Fenomen nieumarłego ciała i legendarnego życia XII Pandito Czambo Lamy Dashi Dordże Itigiełowa” w miesięczniku Czwarty Wymiar.


Krzysztof Kolecki

Komentarzy nie ma.