Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Budowniczowie dekoracji

Razem z A. jesteśmy w mieszkaniu w którym kiedyś mieszkałem, przy ulicy O. Właściwie to mieszkanie jest inne chociaż dokładnie w tym miejscu co tamto, ale ma inny układ i wykończenie, takie jak w bloku.

Zajmujemy z A. jeden z pokoi i tego dnia postanawiamy zostać dłużej w łóżku, jeszcze przez chwilę nie wstawać. Za tandetnymi drzwiami krząta się mój ojciec - mieszka tam często, chociaż to ja jestem gospodarzem tego mieszkania. Po chwili podchodzi i mówi przez drzwi, że jacyś panowie do mnie przyszli. Wstaję, jestem ubrany ale na t-shirt zakładam jeszcze koszulę i wychodzę z pokoju, A. zostaje w łóżku.

Faktycznie w drugim pokoju stoją dwaj rzemieślnicy, wyglądają na spawaczy, jacy wymieniają instalacje w budynkach. Jeden z nich mówi, że budują dekoracje do przedstawienia piętro niżej i że przeszkadzają im rury gazowe prowadzące do liczników na korytarzu. Nie rozumieją po co są te rury i co z nimi można zrobić. Mają nadzieję, że im pomogę. Nie znam się na tym, nie wiem jakie rury gdzie biegną, mówię im o tym, ale nalegają żebym popatrzył, wychodzimy więc na korytarz, A. ciekawie wygląda zza uchylonych drzwi do naszego pokoju.

Na korytarzu rzeczywiście wiszą liczniki gazowe i jest plątanina rur, niektóre są zakończone odpowietrznikami, na innych są manometry i liczniki oraz założone blaszane przyrządy nieznanego mi przeznaczenia. Przez rozkutą posadzkę widać wielkie, blaszane przewody wentylacyjne, na gumowych wężach zwisa palnik acetylenowy a z liczników wychodzą dwie rury i prowadzą przez otwór w dół. Patrzę na to wszystko bez zrozumienia, mówię, że faktycznie wygląda to dziwnie ale nic więcej nie wiem.

Zbieram się z powrotem do domu, obserwuję jeszcze jak spawacze odłączają pod licznikami giętką rurę grubości ramienia i jej wolny koniec wrzucają do otworu w stropie. Z ruru wali gaz prosto na rozgałęzienie blaszanych przewodów wentylacyjnych, widać go prawie jak wodę. Wydaje mi się to dosyć niefrasobliwe, ale w końcu to fachowcy, wiedzą co robią, więc odwracam się w lewo z powrotem do domu.

W ostatniej chwili kątem prawego oka widzę, że gaz wybucha i płonie ogromnym płomieniem. Dołącza do niego płomień wydobywający sie z blaszanej rury wentylacyjnej - tam też był gaz, tylko rura ma średnicę chyba ponad pół metra i wszystko za moimi plecami jest pełne ognia.

Rzucam się w stronę drzwi do mieszkania i doznaję uczucia przedziwnego spowolnienia czasu. Mój każdy krok trwa nieskończenie długo. Czuję, jak ogień za mną pochłania powietrze, czuję jego oddech. Pożar staje się jeszcze potężniejszy, jest tak, jakby powierze mu nie wystarczało i pożerał samą przestrzeń. Do drzwi mieszkania mam dwa kroki, przez głowę przelatują mi myśli, że w środku wcale nie będzie bezpiecznie, że trzeba będzie uciekać dalej. W głębi mieszkania widzę ojca a w otwartych drzwiach stoi A. Jestem przerażony, czuję paniczy lęk od którego włos się jeży, obawiam się pochłonięcia, połknięcia przez ogień, że zginę i zniknę bez śladu.

W czasie tych wydarzeń nie zdążyłem jeszcze do końca odwrócić głowy i dociera do mnie, że być może wyszła ze mną moja córka, we śnie jako czteroletnie dziecko. Nie widzę jej w mieszkaniu, a pamiętam, że mogła być ze mną, po mojej prawej, kiedy oglądaliśmy rury i otwór w posadzce. Jeżeli to prawda, to teraz jest za moimo plecami w morzu ognia. Cały czas nie zdążyłem jeszcze zrobić kroku w tym spowolnionym czasie, który teraz obowiązuje.

Ryczę do A. jakieś niewyraźne pytanie o to gdzie jest córka, nazywam ją Bazią lub Bazikiem - nigdy nie używałem takiego zdrobinienia, nawet mi nie przyszło do głowy. Nie martwię się o nią, nie czuję, żeby ten przerażający mnie ogień jej zagrażał, ale kiedy słyszę samego siebie wrzeszczącego z przerażeniem "gdzie jest Bazik?!" zaczynam się o nią bać. To jest wtórny strach, nie o jej bezpieczeństwo, ale zarażenie strachem, jak wtedy kiedy boimy się na widok czyjegoś przerażenia, chociaż nie znamy jego źródła. W ten sposób sam siebie zarażam strachem o los córki. Naprawdę przerażony jestem własną zgubą w płomieniach.

Budzę się w środku nocy, robię się całkiem przytomny i przez długi czas nie mogę zasnąć znowu.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.