Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2018-07-07

Wojciech Jóźwiak

Czytanie Ewy Bińczyk: Krnąbrna epoka człowieka

Zachłanne czytanie!

Inaczej niż w strefie języka angielskiego, gdzie literatura o antropocenie jest ogromna i pisana od co najmniej 20 lat, u nas w Polsce lub w strefie j. polskiego, teraz dopiero, dosłownie w ostatnich tygodniach, pojawiła się pierwsza (chyba) jaskółka tego tematu. Właśnie ją zachłannie czytam i jestem w połowie. Książka (prof. dr hab.) Ewy Bińczyk pt. „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu”. Od razu informuję: książka nie jest o samych procesach antropocenu. Nie wykłada nauki o systemie Ziemi (Earth System science)[1] – jest o czymś innym: o recepcji wśród ludzi, ludzi nauki, nadciągającej grozy tych wywołanych przez ludzką zachłanność procesów. Jest o rozpoznawaniu antropocenu i o tym, jak różni autorzy radzą sobie myślowo z tym fantem.

Książka jest niegruba. Bez aneksów i indeksów ma 270 stron. Ale Autorka, żeby napisać, przeczytała około 420 książek i artykułów: tyle mniej więcej zawiera bibliografia; nie liczyłem ich wszystkich, policzyłem ile stron i ile pozycji na przeciętnej stronie. Ten ładunek erudycji czuje się. Jest to solidny przewodnik po problemach aktualnej antropocenologii; aktualny, ponieważ najświeższe lektury są z kwietnia 2018.

Co to jest antropocen? Ty, czytelniczko/czytelniku Taraki dobrze wiesz, ale dla porządku spróbuję nazwać. Powiększanie się ludzkiej populacji i gospodarki spowodowało zmiany na Ziemi mające rozmiary geologiczne. Dlatego uznano, że czasy obecne należy wydzielić jako osobną epokę, różną od dotychczasowego polodowcowego holocenu: epokę człowieka – czyli właśnie antropocen. Zmiany te jednak zagrażają istnieniu ludzkiej populacji i gospodarki. Ludzie i ich gospodarka pożerają własną planetę. Dokonuje się ekologiczna katastrofa, która, inaczej niż dotychczasowe, narusza nie jeden ograniczony region, ale całą Ziemię.

Problem jest taki, że zagrożenie antropocenu spadło na ludzi nieprzygotowanych. Nasze aparaty percepcyjne, nasze wzory odbioru informacji, nasze ideologie i dyskursy nie były na to przygotowane, nie miały – i właściwie dalej nie mają na to receptorów, nie mają punktów przyłożenia. Wcześniej najtężsi myśliciele martwili się o to, jak uchronić się przed ludzką złością – przejawiającą się np. poprzez wojny, tyranie, ucisk i wyzysk. Inni głowili się nad tym, jak przyspieszyć wzrost gospodarczy, żeby jedni mogli zarządzać bogactwami, a inni wydobyć się z nędzy. Tymczasem okazało się, że System Ziemia nie pomieszcza wcale nie naszej złości, ale naszej dobroci, naszych dobrych i szlachetnych chęci i projektów: czyli np. tego, że chcemy dłużej żyć, w zdrowiu wychować więcej dzieci, jeść do syta i najlepiej mięso, korzystać z wolności poruszania się (najlepiej samochodem lub samolotem), mieć ciepło lub chłodno w domach, budować te domy coraz obszerniejsze i wygodniejsze, ubierać się tak jak chcemy i pakować towary w plastikowe torby. Itd, itd. Ale jest nas ileś miliardów i oto okazuje się, że Ziemia naszych ambicji i naszego stylu życia nie pomieści. Pod ciężarem antropocenu sypią się, w bezsens obracają się wszystkie nasze wartości i wiary.

O tym, co mi przychodzi na myśl podczas tej lektury, będę donosić.

[1] Miarą zapóźnienia mówiących po polsku jest, że to hasło w angielskiej Wikipedii nie ma polskiego odpowiednika.

Tygodnik Powszechny
Ewa Bińczyk, foto z Tygodnika Powszechnego

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.