Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-01-17

Katarzyna Urbanowicz

Bibka na cmentarzu

Wśród albumów Marka Zürna, fotografa i filmowca, o którym już pisałam, stopniowo udostępnianych w miarę renowacji starych zdjęć, dokumentujących Polskę lat 60-tych, ostatni album, poświęcony został cmentarzowi Remuh na Kazimierzu w Krakowie. Z opisu autora zdjęć: „Jest to jeden z najstarszych cmentarzy żydowskich w Europie, założony w 1935 roku, ocalał w czasie II wojny światowej, gdyż było to wysypisko śmieci.”

         Piękny album, przepiękne zdjęcia, ale przywołuje wcale niepiękne wspomnienia.

Podobny cmentarz widziałam w Gdańsku Oruni. Mieścił się tuż obok technikum wodno-melioracyjnego i internatu,  w którym w roku 1967 pracowaliśmy z mężem – on jako nauczyciel przedmiotów ścisłych, ja jako referent zajmujący się administracją obiektu. To znaczy dla ścisłości gotowa do pracy w nocy i w dzień: np. budzona w nocy przez dyrekcję, że kaloryfery zimne i pędząca w kożuszku narzuconym na nocną koszulę przez plac do wolnostojącego budynku kotłowni celem obudzenia niezbyt trzeźwego palacza. I takie tam zajęcia. Pracę tę podjęliśmy z powodu braku własnego dachu nad głową i posiadania dwojga niemowląt, które należało trzymać w cieple, w miejscu umożliwiającym im raczkowanie, ponieważ wiązała się z nią możliwość zamieszkania w internacie. (Opowieści, że w PRL-u nie pracowało się naprawdę tylko na niby nie do końca są prawdziwe – ja zawsze miałam takiego pecha, że nie udawało mi się udawać, że pracuję)

         Życie w internacie nawet dwojga dorosłych, samodzielnych ludzi z dziećmi i pomocą domową nie różniło się wiele od życia młodzieży. Wszyscy podlegaliśmy Panu Dyrektorowi szkoły, a on często zapominał, że nie jesteśmy uczniami. Nie mieliśmy tam wiele prywatności, o każdej porze dnia i nocy mogliśmy oczekiwać wizyt w celu załatwienia jakichś nie cierpiących zwłoki spraw. Zresztą podlegaliśmy też pewnym rygorom np. w sprawie ubioru. Mnie osobiście zabroniono noszenia spódniczek mini, które właśnie weszły w modę, ponieważ gorszyłam rzekomo uczniów. Po sprawiedliwości – mojej pomocy domowej też tego zabroniono, z czym taki był problem, że bidula miała tylko jedną spódniczkę, gdy „nastała”, jak mówiono. Zresztą ówczesne pomoce domowe to coś innego niż dzisiejsze nianie – zazwyczaj były to kilkunastoletnie dziewczyny z licznych wiejskich rodzin wysyłane przez rodziców na niewielki zarobek, kieszonkowe raczej, żeby łatwiej było wykarmić pozostałe dzieciaki.

Nauczyciele, mimo że dość młodzi, nie byli jednak uczniami i chcieli też powygłupiać się, napić się trochę alkoholu, pohałasować, poczuć się swobodnie bez nadzoru i krytyki. Dlatego zrujnowany, stary cmentarz w Gdańsku Oruni był ulubionym miejscem naszych letnich spotkań, rozmaitych imieninowych czy urodzinowych bibek. Na cmentarzu spotykali się też nasi uczniowie, choć w drugim jego końcu nazywanym „małpim gajem” z powodu zarośli. Nie wchodziliśmy sobie w drogę.

Ani nam ani naszym uczniom nie przyszło do głowy, że zakłócanie spokoju żydowskiego cmentarza jest czymś złym. Nikt przy zdrowych zmysłach nie poszedłby popijać na katolicki cmentarz, nawet nikt nie zapalił tam papierosa. Po prostu nie wypadało. Ktoś by zobaczył i źle pomyślał, w najlepszym wypadku.

Problem co wypada a czego nie wypada brał się z jednej strony z naszego wychowania rodzinnego, ale z drugiej strony też z dwuznacznego stosunku PRL do sprawy religii i wiary w ogóle, a Żydów w szczególności. Z jednej strony martyrologia Żydów była międlona w kółko na okrągło w prasie i przy oficjalnych okazjach aż do mdłości (kto wie, czy ten fakt nie jest powodem dzisiejszych przejawów antysemityzmu wśród pokolenia „sierot po PRL”), z drugiej zaś strony tępiło się „syjonizm” i raczej faworyzowało świat arabski. Wśród nieszczerych gloryfikacji ofiar Holocaustu doprowadzono do masowego ich exodusu z Polski. Mnie wówczas ani popijanie na ich przedwojennym cmentarzu ani wygnanie z Polski nie bardzo obchodziło, o tyle o ile nie miałam kłopotów z załatwianiem spraw urzędowych w Radzie Narodowej w Gdańsku. Byli sobie Żydzi na rozmaitych stanowiskach i raptem rozpłynęli się we mgle.  Uzgadniało się z kimś jakieś rzeczy, a następnego dnia tego kogoś nie było, bo wyjechał z dnia na dzień; to był kłopot i tyle. Wobec tego znieczulenia na los innych co za znaczenie miało popijanie nocą na cmentarzu i zakłócanie spokoju zmarłym (o ile jesteśmy w stanie ich spokój zakłócić)?

Podobnie uczniowie Technikum, w którym pracowałam nie mieli specjalnego nabożeństwa do tych spraw, które wiążą się z duchowością i religią — uczyli się zawodu melioranta, mieli w przyszłości grzebać się w ziemi, a nie patrzyć w niebo. Karmieni propagandą, że wszelkie religie, rzeczy nieuchwytne, nienamacalne i nienaukowe są przesądami, łatwo godzili to z prozą życia w której przebywali. Dla nich cmentarz był po prostu śmietnikiem pełnym jakichś wykrotów, kamieni i resztek połamanych płyt. Nadałyby się na wybrukowanie obejścia, gdyby było to nieco bliżej gospodarstwa ich rodziców.

Dopiero po latach, zrozumiałam jak bardzo naruszyłam spokój tych mieszkańców zrujnowanego cmentarza bawiąc się na ich grobach. Przepraszam ich za to najgłębiej z całego serca. Mam nadzieję, że na moim grobie, nawet gdy będzie zrujnowany nikt nie będzie się bawił. Ale...? Może to i miłe, że kogoś cieszy uczestnictwo w przemijaniu czasu? Żebym to ja wiedziała!

Katarzyna Urbanowicz

Komentarze: 1

1. Zabawa na grobie • autor: (2014-01-17 21:54:54)

Mama mojej byłej teściowej wielokrotnie prosiła mnie przed śmiercią, żebym odwiedzała ją na cmentarzu i wypijała piwo oraz wypalała papierosa. Z Babci był niezły numer - po 70-tce uciekła na wesele z pokoju, w którym ją zamknęli. Przez okno.

Chodzę ją odwiedzić. Piwa nie znoszę, ale piję. To znaczy wypijam jeden łyk, a resztę wylewam w okolicach podmurówki. Obiecałam. Nie wiem, co zrobię, kiedy rzucę palenie.
 
Może ze zmarłymi jest jak z żywymi? - jedno lubią napić się piwka, a inni chwilę zadumy.