Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

1997-04-30

Wojciech Jóźwiak

Astrologia jako nauka ścisła
Astrologia dojrzała do tego, by poddać ją rygorom ścisłego myślenia (1995-12-30)

Tekst ten, napisany w roku 1995, dolączyłem do wydanej w 1997 r. książki "Okiem astrologa". WJ, 15 listopada 2002

Naukowiec kontra medium

Kiedyś Edmund Husserl napisał traktat pod tytułem Philosophie als strenge Wissenschaft, co znaczy po niemiecku "Filozofia jako ścisła nauka", albo "... jako wiedza poddana rygorom". Tu mowa będzie nie o filozofii, lecz o astrologii, bo i nasza dziedzina wiedzy dojrzała do tego, by poddać ją wreszcie rygorom ścisłego myślenia. I o tym chcę napisać: jakiej to mianowicie dyscyplinie powinna się poddać astrologia, aby współczesny intelektualista nie musiał się jej wstydzić. Jaka będzie owa Astrologie als strenge Wissenschaft?

Astrologia wyrosła z potrzeby przewidywania przyszłości i przewidywanie przyszłości jest wciąż jej głównym zadaniem. Astrolog jest zarazem fachowcem od przewidywania przyszłości i znawcą wpływów planet na ludzkie życie. I te dwie rzeczy trzeba oddzielać. Można obserwować planetarne rytmy w ich działaniu na ludzi, i nie mieć żadnych ambicji prognostycznych - tak na przykład postępował Michel Gauquelin; można też sięgać myślami w przyszłość i nie patrzeć na planety - i tak robi większość wróżbitów. W astrologu tkwią dwie sprzeczne natury, dwie konkurujące funkcje umysłu, które trzeba dobrze odróżniać - a oczywiście większość realnych adeptów astrologii nie zdaje sobie sprawy z własnego rozdwojenia. Analiza położeń i ruchów planet, kosmicznych cykli czasu, a także typów psychologicznych - jest czynnością racjonalnego umysłu, i tu są potrzebne te same kwalifikacje intelektualne, jakie ma naukowiec, umysł ścisły. Jednocześnie, gdy trzeba wygłaszać opinie o czyjejś przyszłości, równie skutecznie (albo i trafniej) czyni to ktoś o umyśle biegunowo odmiennym, odwrotnym wobec naukowego - mianowicie medium. Media ogłaszają przyszłość (albo penetrują inne niedostępne fragmenty rzeczywistości) kierując się wiedzą bezpośrednią. Horoskop służy im nie do intelektualnej analizy, ale jako punkt skupienia, środek do koncentracji i nawiązania parapsychicznej łączności z badaną osobą. W takiej funkcji rysunek planet jest zaledwie pretekstem - równie dobrze może to być rysunek linii dłoni, widok tęczówki oka, fotografia badanej osoby, sny, karty tarota, pęknięcia na skorupie żółwia, widok czystego błękitu nieba i tak dalej. Media wiedzą i widzą, ale nie wiedzą, jak to robią, i mogą sobie pozwolić na lekceważenie logiki i innych rygorów intelektu, czego w żadnym wypadku nie wolno robić astrologowi o racjonalej orientacji.

Odnoszą wrażenie, że funkcje umysłowe medium i badacza-naukowca są zarazem uzupełniające się i sprzeczne, dlatego nie mogą istnieć jednocześnie w umyśle tego samego człowieka i tworzyć zgodnie współdziałającą parę. Medialność i logiczność są komplementarne - i tu trzeba sobie przypomnieć jako wzór fizykę kwantową, gdzie w pewnych zjawiskach elektron zachowuje się jak fala, w innych jak cząstka. Albo (ów elektron) może być opisany przez podanie jego prędkości, lecz wtedy nieokreślone jest jego położenie, lub przeciwnie, można wiedzieć, gdzie się owa cząsteczka znajduje, ale tylko tracąc wszelką informację o jej prędkości. Mam wrażenie, że dość podobnie można albo uprawiać wróżby - i to całkiem skutecznie - albo zajmować się astrologią rygorystycznie pojętą. W każdym razie jeżeli obiema tymi czynnościami zajmuje się jeden człowiek, wymaga to od niego zachowania dużej wewnętrznej dyscypliny.

Z reguły zresztą funkcje myślenia medialnego i ścisłego przynależą różnym osobnikom, i uzdolnione media mogą mieć ogromną wyobraźnię, wrażliwość, empatię i talenty artystyczne, ale w zdolności logicznego myślenia mistrzami zazwyczaj nie są. I odwrotnie - ścisły analityk ma zwykle umysł nieczuły na fluidy, wizje i bioprądy. Co więcej - i tu właśnie widzę źródło intelektualnego paraliżu, w jakim permanentnie pogrążona jest astrologia - kiedy osobowość medialna zabiera się do dziedziny wiedzy wymagającej myślenia rygorystycznego, zaczyna się zachowywać tak, jak według Junga i jego uczniów zachowuje się kobieta opętana przez swego animusa: ktoś taki używa logicznych wywodów do udowodnienia tez z góry uznanych za jedynie słuszne, buduje pseudonaukowe terminologie i reaguje świętym oburzeniem, gdy ktoś stwierdzi: "dobrze, ale mi się to nie zgadza..." W astrologii tak się właśnie sprawy mają. Zacznijmy czytać dowolny podręcznik astrologii - uderza drewniany język, niechęć do znajdywania związków z życiem, pozostawanie stale w tym samym kręgu dopuszczalnych pytań i odpowiedzi, oraz grzech numer jeden astrologii: powoływanie się na nieokreśloną tradycję jako na autorytet. "Dlaczego znaków zodiaku jest dwanaście?" Zapytany astrolog powie zapewne" "Tak uważano zawsze, tak ma być i już." Podobnym połączeniem zakłopotania i świętego oburzenia reagowali przedstawiciele Rzymu, gdy pewien zbuntowany mnich z Wittenbergi zadawał głupie pytania o sens płacenia pieniędzmi za obietnicę zbawienia; albo marksiści słysząc, że ktoś nie wierzy, aby postęp historii zmierzał do wyzwolenia proletariatu. We wszystkich tych przypadkach - dziedzin wiedzy budowanych na dogmatach - umysł porusza się wąską ścieżką tego, co dozwolone, sztywny od lęku. Zupełnie jakbym widział kogoś usztywnionego przez lęk przestrzeni na wąskiej kładce nad przepaścią. I jak lęk wysokości usztywnia ciało, tak lęk przed nieznanym usztywnia umysły i zdolność sądzenia dogmatyków. Owo usztywnienie się czuje - widoczne jest w języku, w sztywnych zestawach możliwych pytań i odpowiedzi, w niechęci do konfrontacji przekazywanych wiadomości z doświadczeniem oraz ze zdaniem ludźmi myślących inaczej.

Tak jest w astrologii: jeżeli zwątpić o podstawowych dogmatach tej dziedziny wiedzy, powstaje stan zagubienia, pomieszania, w którym z gruntu nie wiadomo, co robić. Dlaczego znaków zodiaku jest dwanaście, a nie na przykład dwadzieścia? Dlaczego domy są liczone przeciwnie do dobowego ruchu Słońca i planet? Czym domy Placidusa są lepsze od domów Regiomontana? Z czego wynika, że znaczenia znaków i domów o tym samym numerze są podobne? Który z proponowanych systemów dyrekcji jest tym właściwym? - Jeżeli odstąpić od dogmatów, wkraczamy w obszar mgły i braku podstaw. Ale jednak taką wycieczkę trzeba będzie wreszcie podjąć, jeżeli astrologia ma wydostać się ze swojego średniowiecza.

Astrologia musi stać się zdolna do krytyki własnych podstaw. Właśnie krytyka podstawowych pojęć: przestrzeni, czasu, równoczesności, prawdopodobieństwa - doprowadziła w fizyce do dwóch wielkich, zwrotnych teorii: teorii względności oraz mechaniki kwantowej. W biologii, genetyce, było podobnie. Jest jeszcze jeden powód poddania astrologii rygorom: W ostatnim mniej więcej półwieczu stary trzon astrologicznych idei został wręcz zalany powodzią nowych pomysłów: pojawiło się mnóstwo nowych sposobów liczenia domów i dyrekcji, odkrywano nowe planety, nadawano astrologiczną interpretację planetoidom, wprowadzono midpunkty, horoskopy harmoniczne, relokację horoskopu, horoskopy poczęciowe. Dosłownie nie ma takiego fragmentu pojęciowego wyposażenia, który nie zostałby ruszony z miejsca, którego by nie próbowano zastąpić czymś innym. Nauki, jak fizyka, biologia, matematyka, językoznawstwo, mają swoje sposoby na przefiltrowanie własnej masy nowych odkryć i propozycji, tak by wyłowić to, co sensowne i prawdziwe - astrologowi pozostaje jak dotąd głównie jego własne wrażenie: "to się powinno sprawdzać, a to raczej nie..."

Wielka rektyfikacja i koniec dogmatu horoskopu urodzeniowego

Współczesne nauki biologiczne, z genetyką na czele, nie zostawiają takiego momentu w życiu embrionu - od zapłodnienia licząc - w którym mogłyby wkroczyć wpływy planetarne, jakiekolwiek by one były, tak by w jakiś sposób przebudować jego organizm. Na pewno nie jest tym momentem przyjście noworodka na świat, ani (uściślając w myśl starego astrologicznego wierzenia) moment zaczerpnięcia przezeń powietrza. Dziecko przychodzące na świat jest już gotowe - jego organizm jest w dużym stopniu uformowany, a dzięki przekazowi genetycznemu ma ono, w formie potencjalnej, cały już zestaw cech charakteru, talentów, skłonności, upodobań. Bardzo pouczające są wyniki badań nad bliźniętami jednojajowymi, wskazujące, jak ogromna część naszej osobowości jest wrodzona, czyli z góry wyznaczona genetycznie. (Nie można oczywiście wykluczyć, że wpływy planetarne ingerują przy zapłodnieniu, ale nie sposób też narysować rzetelnego horoskopu poczęcia - bo jak wyznaczyć czas owego zdarzenia, tak dobrze przecież ukrytego przed okiem obserwatora?)

Michelowi Gauquelinowi astrologia zawdzięcza myśl, że wśród cech genetycznie uwarunkowanych znajduje się również uwrażliwienie młodego organizmu na kosmiczne rytmy czasu. Hormonalny sygnał początku akcji porodowej wychodzi od dziecka - noworodek o tym decyduje, nie matka, i dziecko rodząc się trafia w pewną fazę któregoś z planetarnych rytmów. Ta faza nie jest przypadkowa - jest skorelowana z całym przeglądem psychicznych cech. Gauquelin wyodrębnił wyraziste psychologiczne typy ludzi urodzonych przy dominujących pozycjach niektórych planet: Jowisza, Saturna, Marsa, Księżyca i Wenus. Analiza wyników jego prac długo jeszcze pozostanie wielkim źródłem inspiracji dla astrologów, potwierdził on bowiem pewne stare twierdzenia (jak te o związku Saturna z logiką i nauką, a Wenus z wrażliwością na piękno), ale zarazem odkrył prawidłowości wcześniej astrologom nie znane - jak choćby to, że trzeba zwracać uwagę na planety pozostające w pobliżu osi poziomej (ascendent-descendent) i pionowej (medium coeli - imum coeli), co burzy stary porządek związany z domami horoskopu.

Michel Gauquelin jako swój materiał badawczy przyjął urodzenia ludzi sprzed roku 1950. Uznał, że znaczące prawidłowości można ustalać tylko wśród ludzi urodzonych przed epoką, w której w zasadzie wszystkie porody są w mniejszym czy większym stopniu sztucznie prowokowane, przyśpieszane lub przeciwnie, opóźniane. W krajach Zachodu, w tym również w Polsce, rodzi się już trzecie pokolenie ludzi, których przyjście na świat zostało przez praktykę położników oderwane od kosmicznych rytmów. Dzieci rodzą się dziś w momencie dogodnym dla personelu medycznego, i nawet jeżeli ktoś ma komplet genów uczulających na rytmy (na przykład) Jowisza, małą ma szansę urodzić się dokładnie przy górowaniu tej planety. Wydaje się jednak - i dalszy wywód będzie do tego zmierzał - że jest szansa, by uodpornić astrologię na cywilizacyjne zakłócenia czasu porodu.

Dziecko rodzi się w dużym stopniu gotowe i jego genetyczne wyposażenie jest jednym z czynników decydujących o chwili urodzenia. Dziecko rodzi się w czasie (o ile towarzyszący przy porodzie medycy mu na to pozwolą...), który jest mu w pewien sposób wygodny, a który współgra również z jego psychicznymi i innymi predyspozycjami. Tak więc czas urodzenia ma wartość wskaźnika osobowości. Nie jest to żaden wierny zapis cech młodego człowieka, ani jego źródło lub przyczyna, ale właśnie wskaźnik, pewien czynnik towarzyszący, uboczny. Podobnie biegły znawca może odczytywać cechy charakteru zakodowane w rysach twarzy człowieka. Albo też - trochę zmieniając obszar porównań - wiele można się dowiedzieć o człowieku na podstawie tego, jak ma urządzone mieszkanie lub jak wygląda jego samochód. Istnieją zresztą różne psychozabawy oparte na takich korelacjach.

Spróbujmy odejść od obowiązującego w astrologii poglądu, że horoskop urodzeniowy jest wiernym obrazem czyjejś osobowości. Mogę sobie bowiem wyobrazić wiele przypadków, kiedy noworodkowi nie udaje się trafić na właściwy dla siebie moment urodzenia. Ingerencja położnika czy inne zewnętrzne, losowe przypadki to jedno - drugą przyczyną może też być to, że w dniach, kiedy przychodzi się dziecku urodzić (a zbyt długo przecież czekać nie może...) po prostu na niebie nie zaistnieje taka konfiguracja planet, która byłaby idealnym obrazem jego (zapisanej w genach) osobowości. Nieoceniony Gauquelin rozważa zresztą taki przypadek: naukowca, który - jak wynikało z jego biografii - miał wszelkie cechy osobowości saturnowej: był ściśle myślącym, drobiazgowym, małomównym, nietowarzyskim mózgowcem-specjalistą, zaś urodził się w momencie, kiedy wschodziły zarówno Saturn (co zgadza się z jego osobowością), ale również Jowisz (co już sprzeczne jest z osobowością urodzonego). A stało się tak, ponieważ obie planety tworzyły wówczas koniunkcję, więc silne na niebie były jednocześnie, a saturnowe dziecko nie mogło czekać, aż ta koniunkcja się rozejdzie, bo Jowisz z Saturnem potrafią iść łeb w łeb przez parę miesięcy. Dla ludzi z mieszaną dominantą planetarną, w tym przypadku jowiszowo-saturnową, Gauquelin wyodrębnił osobny typ psychiczny, bardzo ciekawy zresztą, podatny na wahania i niezdecydowanie pomiędzy jowiszową ekstrawersją i saturnową introwersją, ale rozważana postać nie była nawet takim typem mieszanym - była typowym saturnowcem! Z drugiej strony mam wiele podejrzeń (mówię o przypadkach horoskopowych, które sam badałem), że niejednemu dziecku udawało się przechytrzyć zastrzyk hormonu zaaplikowany jego rodzącej matce, i urodzić się nie (na przykład) przy górowaniu Jowisza, ale przy poprzedniej jego dominującej pozycji, czyli (w tym przypadku) podczas wschodu tej planety.

I tu dochodzimy do momentu, w którym astrolog starej daty, czując zbiżającą się nerwicę lękową zaczyna ślepnąć na fakty i programowo zapomina o nieuniknionej przypadkowości czy też zafałszowaniu chwili urodzin - zaś my, widząc lukę w logicznych podstawach swojej wiedzy, dostrzegamy nadzieję na znalezienie nowego punktu oparcia. Wyjście widzę mianowicie w odejściu od dogmatu horoskopu urodzeniu. Znane mi szkoły w astrologii mogą się różnić w szczegółach, chociażby zaczynać interpretację horoskopu od innych jego elementów, wszystkie jednak starannie odróżniają początek historii człowieka i podstawowe źródło informacji o nim, czyli horoskop urodzeniowy, od wszystkich innych układów planet, sytuacji na niebie, ilustrujących rozwój w czasie i mających już podrzędne znaczenie. Klucz do nowego podejścia widzę w procedurze rektyfikacji horoskopu, która powinna zostać odpowiednio doceniona.

Rektyfikacja traktowana jest zazwyczaj jako kłopotliwa konieczność: jeśli, jak to zwykle bywa, klient zna swój czas urodzenia z dokładnością tylko do godziny, wtedy zadaję mu pytania o dane, które mogą uściślić czas urodzenia. Pytam o daty pewnych typowych sytuacji życiowych (ślub, urodzenie dzieci, okresy największego powodzenia i najdotkliwszych klęsk) - i sprawdzam, jakie tranzyty mogły odpowiadać za tamte zdarzenia. Ponieważ często przełomowe zmiany w życiu następują, gdy któraś z powolnych planet (Jowisz, Saturn, Uran...) przechodzi przez ascendent, medium coeli lub punkty opozycyjne do nich, w wielu przypadkach udaje się odgadnąć brakujący ascendent lub m.c. (choć czasami taka sztuka jednak się nie udaje...).

Jeżeli wziąć pod uwagę wszystkie uboczne i przypadkowe czynniki współdecydujące o chwili, kiedy dziecko przychodzi na świat, można dojść do wniosku, że horoskopu urodzeniowego - w sensie wykresu planet, który byłby obrazem osobowości człowieka - nie da się w ogóle narysować w oparciu o jeden moment czasu, choćby nawet w rodzinnych lub szpitalnych archiwach zachowała się czyjaś godzina urodzenia z dokładnością do pół minuty. W takim razie astrolog, zanim zabierze się do orzekania czegokolwiek o człowieku, powinien przeprowadzić dużo obszerniejsze postępowanie rektyfikacyjne niż to się czyni zazwyczaj. Rektyfikacja polega na szukaniu, czy jest coś wspólnego w tranzytach - czy są w horoskopie jakieś ulubione punkty badanego człowieka, punkty o takiej właściwości, że przejście planet przez nie zgadza się z czasem ważnych wydarzeń w życiu. Owe czułe punkty mogą pokrywać się z pozycjami Słońca, Księżyca i planet w chwili urodzenia, mogą wskazywać na brakujący ascendent lub m.c. - ale nie można też wykluczyć, że wskażą na punkty nie mające ścisłych odpowiedników na niebie. Takie nie obsadzone czułe punkty - astrologiczne UFO! - byłyby zresztą najciekawsze i tu spodziewam się przyszłych odkryć. Konieczne byłoby dla tego zagadnienia zebranie odpowiedniej masy materiału badawczego.

Tak więc należałoby w wyniku rektyfikacji utworzyć zbiór czułych punktów charakterystycznych dla badanego człowieka - i ów zbiór czułych punktów byłby szukanym radiksem - horoskopem podstawowym, wyjściowym, bazą dla wszelkich dalszych analiz, zarówno mających na celu określenie charakteru człowieka, jak i jego osobistych rytmów życiowych, w więc również podstawą prognoz dla jego przyszłego życia.

Taki radiks, rozumiany jako zbiór czułych punktów, nie musiałby wcale być identyczny z horoskopem urodzeniowym, czyli układem planet w chwili narodzin - nawet gdyby to była jakaś poprawiona chwila narodzin. W przedstawionym tu ujęciu horoskop urodzeniowy traci w ogóle swoją wyróżnioną pozycję. Narodziny są jednym z wielu zdarzeń w życiu, chociaż nadal zdarzeniem bardzo ważnym, zaś horoskop urodzeniowy jest jednym z ciągu tranzytów! Tranzytem, oczywiście, do owego radiksu złożonego z czułych punktów, który dopiero trzeba zrekonstruować z materiału empirycznego na podstawie całej serii zdarzeń. Łatwo zauważyć, że przy takim podejściu do przedmiotu astrologom ubywa jedno wdzięczne pole do popisu - nie mogą już prognozować życia i osobowości nowo narodzonym niemowlętom - bo w powyższym ujęciu trzeba dopiero poczekać na kilka następnych ważnych zdarzeń, oprócz samych narodzin.

Zazwyczaj astrologowie problem trafności godziny urodzenia zupełnie pomijają, uważając za sprawę nieistotną to, czy dziecko przyszło na świat w sposób naturalny, czy też na przykład w drodze interwencji chirurgicznej. Programowo nie zauważają czynników, które mogą przyspieszyć lub opóźnić narodziny, i nie rozróżniają przypadków, kiedy noworodek trafił, czy też nie, na właściwy sobie czas. "Dziecko urodziło się wtedy, kiedy się urodziło." - Tak brzmiała jedna z typowych wypowiedzi, jakie słyszałem w tej sprawie. Tymczasem w tym właśnie miejscu otwiera się podstawowa kwestia, decydująca w ogóle o rozumieniu astrologii. Jeżeli, jak się zazwyczaj sądzi, portretem człowieka i kiełkiem, z którego rozwiną się czasowe rytmy jego życia, jest jego urodzeniowy horoskop, to albo jest tak, że planety wywierają jakiś momentalny wpływ na urodzonego, i to w tak wielkiej mierze, że coś niezmiernie ważnego w nim przebudowują - albo też między splotem przypadków dziejących się podczas porodu a stanem nieba panuje jakaś niewyobrażalnie ścisła harmonia, zgranie, które sprawia, że znaczące stają się sekundy! Oprócz tego, że to się mało zgadza z ogólnym wyobrażeniem o świecie, to również kontrastuje z sytuacją, jaka ma miejsce na innych polach zainteresowania astrologii, bo przecież już tranzyty określające zwykłe wydarzenia w życiu działają z ogromnym rozrzutem i rozmazaniem, zarówno w czasie, jak i w tym, co oznaczają - o czym wie każdy, kto próbował z tranzytów przewidywać przyszłość lub na ich podstawie interpretować przeszłość. Po drugie, trzeba sobie zadać pytanie, zupełnie obce astrologom, gdzie mianowicie jest przechowywana informacja o urodzeniowym stanie nieba. Pytanie to nie jest wcale naiwne, bo podobnie było w biologii: przez tysiące lat ludzie przyjmowali za coś oczywistego, że "podobne rodzi podobne", aż okazało się, że informacja decydująca o tym podobieństwie ani nie wisi gdzieś w eterze, ani nie jest rozmyta po całym organizmie, tylko skupiona w genach, w cząsteczkach DNA.

Jestem przekonany (za Gauquelinem), że zjawiska, które interesują astrologię mają ścisły związek z genetyką i biochemicznym sterowaniem. Zapewne wśród genów determinujących funkcjonowanie organizmu, także ludzkiego, przenoszonych z pokolenia na pokolenie w procesie rekombinacji DNA, są również geny-zegary, które kodują zdolność zestrajania się organizmu z kosmicznymi rytmami czasu. Badania Gauquelina wykazały, że owe geny-zegary są czynne w czasie porodu i czułe są na rytm czasu, odmierzany przez ruch planet. (Co prawda nie znamy fizycznego mechanizmu tego oddziaływania między planetą a genem lub enzymem.) Jeżeli owe biochemiczne zegary były włączone podczas porodu, byłoby dziwne, gdyby w dalszym życiu pozostawały już wyłączone; a więc raczej nadal rządzą rytmami życia. Wystarczy teraz wyobrazić sobie, że obrazem, reprezentacją tych genów są owe czułe punkty horoskopu - i tak, jak jeden tranzyt spowodował już jedno ważne zdarzenie w życiu - mianowicie opuszczenie matczynego łona - tak i inne tranzyty planet do tych punktów będą oznakami zwrotnych momentów w życiu, w historii organizmu. Narodziny byłyby tylko jednym z takich momentów, w dużym stopniu wyznaczanych przez owe geny-zegary.

Wydaje się, że czułe punkty można wypreparować przez badanie pozycji planet podczas ważnych wydarzeń w życiu (czyli w procesie rektyfikacji), zapewne też horoskop urodzeniowy jest w wielu przypadkach dobrym przybliżeniem układu tych punktów, o czym świadczyłby fakt, że wykreślane i interpretowane na mocy dotychczasowych zasad horoskopy jednak często działają. W tej chwili, kiedy brak jest jeszcze odpowiednich badań, niewiele da się o czułych punktach powiedzieć. Moja prywatna intuicja podpowiada mi, że zapewne tych punktów nie jest wiele - może trzy, może pięć, może osiem. Zapewne jest ich mniej niż fizycznych planet, niekoniecznie też muszą się pokrywać z urodzeniowym m.c. lub ascendentem. Wreszcie - być może - ich liczba jest różna u różnych ludzi. Ale z drugiej strony mało prawdopodobny wydaje mi się stan rzeczy, jaki zakładał Michel Gauquelin, że osobowość człowieka ma tylko swój jeden planetarny wykładnik - jedną dominującą planetę. Zapewne rzeczywistość nie jest aż tak prosta i jednowymiarowa.

Zauważmy również, że nic z góry nie przeszkadza, aby niektóre czułe punkty zreformowanego horoskopu nie miały związku z punktami dotąd umieszczanymi w horoskopie (planetami etc.) i w dodatku z biegiem czasu poruszały się w jakimś swoim rytmie, naśladując dynamikę planet. Miłośnicy złoczynnego ciemnego księżyca Ziemi mogą więc mieć nadzieję, że wśród nowo odkrytych punktów znajdzie się również ich Lilith! Może też okazać się coś odwrotnego - że pewne planety są astrologicznie nieaktywne i żadnego znaczenia w horoskopach nie mają, albo też nie działają na niektórych ludzi. Pamiętajmy, że przecież w gauquelinowskich statystykach połowa planet (Słońce, Merkury, Uran, Neptun, Pluton) nie znalazła żadnego odbicia.

Zauważmy wreszcie, że w proponowanym ujęciu - kiedy astrolog ma zrekonstruować głęboką strukturę horoskopu - czyli układ czułych punktów, i dopiero z tego poziomu wyciągać dalsze wnioski, zarówno co do psychologii, jaki i co do biografii człowieka - otóż w tym ujęciu traci sens lub znajduje proste wyjaśnienie wiele kłopotliwych pytań, z których niektórymi nękano astrologów jeszcze w starożytności.

Przede wszystkim wyjaśnia się, dlaczego ludzie i ich losy nie chodzą stadami. Horoskopy ludzi urodzonych w ciągu mniej więcej dziesięciu minut na podobnej szerokości geograficznej dla najwprawniejszego astrologicznego oka nie różnią się dosłownie niczym. W kraju średniej wielkości, jakim jest choćby Polska, taka gromada horoskopowych bliźniąt liczy około dwudziestu osób. Gdyby horoskop miał determinować cechy i los osoby z taką siłą, jak tego astrologowie sobie życzą, każdy z Polaków miałby wokół siebie około dwudziestu ludzi niezmiernie do siebie podobnych. Wokół siebie trzeba rozumieć dosłownie, bo na przykład do pewnych zawodów przygotowuje jeden lub dwa uniwersytety; do pewnych społecznych karier - choćby w polityce - trzeba było przejść przez udział w określonych historycznych wydarzeniach. Każdy więc trochę wyróżniający się w społeczeństwie obywatel znałby swoich horoskopowych bliźniaków jako kolegów po fachu lub konkurentów do stanowisk. Mówiąc krótko, gdyby horoskopy urodzeniowe działały tak, jak chce wiara astrologów, Wałęsa skakałby przez płot stoczni w Gdańsku w tłumie kilkunastu dziarskich wąsatych elektryków, a wszyscy kandydaci w wyborach prezydenckich byliby urodzeni w tym samym dniu! Pomyślmy o odkryciach Einsteina, Darwina czy małżonków Curie - nie mieliby szans na oryginalność! W proponowanym modelu astrologii nic takiego się nie dzieje: ani zbieżność czasu urodzenia nie świadczy jeszcze o identyczności czułych punktów (choć czyni to prawdopodobnym), ani identyczność czułych punktów nie przesądza, że osobowość i losy ludzi będą identyczne. Zapewne będą jakoś podobne - ale ów stopień podobieństwa trzeba dopiero zbadać...

Nie ma również żadnej sprzeczności w tym, że losy i charaktery bliźniąt urodzonych w odstępie 5 czy 10 minut różnią się znacząco. Może się okazać, że bramka w czasie, jaką tworzy układ planet w pewnej chwili, dopuszcza możliwość rodzenia się dzieci z pewnego przedziału zmienności - i oboje bliźniąt w tym przedziale się mieści. Może też tak się zdarzyć, że bliźnięta (ale raczej nie jednojajowe) będą mieć swoje czułe punkty w różnych miejscach horoskopu, ale narodziny tego, który wyruszył na świat pierwszy, podziałały jako zewnętrzny bodziec, zmuszający również drugiego do urodzenia się.

Astrologa przestaje też peszyć, że wśród planet nie ma wskaźników mówiących o tym, że dany horoskop urodzeniowy należy do chłopca czy do dziewczynki. Bo choć jest to frustrujące, to rzeczywiście płci z horoskopu wyczytać się nie da! Podobnie jak klasy społecznej, narodowości, rasy - o wszystkie te cechy trzeba dowiadywać się osobno od klienta.

Uczmy się od enneagramu

Wszystkie powyższe wnioski wynikają z konfrontacji astrologii z ustaleniami genetyki oraz z pewnymi faktami (jak choćby ów brak chodzenia stadami), które nie potwierdzają oczekiwań astrologii tradycyjnej. Równie pouczające jest zestawienie astrologii z współczesnymi ideami w psychologii. Od razu trzeba powiedzieć sobie, że wiele nurtów psychologii do zainteresowań astrologii nic nie wnosi. Astrolog powinien za to czujnie nastawiać uszu w dwóch przede wszystkim przypadkach: po pierwsze, gdyby psychologowie niezależnie od jego dziedziny zaczęli wychwytywać czasowe prawidłowości w ludzkich życiorysach - gdyby na przykład zauważyli, że znaczące wydarzenia powtarzają się (w pewnym stopniu) co trzy, jedenaście lub czternaście lat. Znaczyłoby to, że niezależnie od astrologii i odmiennymi metodami zostałyby odkryte cykle Jowisza i Saturna, które - jestem co do tego przekonany - są niemal gołym okiem widoczne, jeżeli tylko dopuścić myśl, że życie ludzkie ma swój indywidualnie zróżnicowany wymiar cykliczny. Ale, jak mi się zdaje, nikt poza astrologią na taki ślad dotąd nie wpadł. Drugi przypadek, na który astrologowie powinni być wyczuleni, to wyznaczanie typów charakteru.

Typy charakteru są podstawowym narzędziem astrologii - są kodem przy pomocy którego przekłada się abstrakcyjne konfiguracje planet na rzeczy i zdarzenia dające się zaobserwować w życiu. Bardzo długo astrologiczny system typów - dwanaście typów odpowiadających znakom zodiaku, dziesięć typów zależnych od dominujących planet (a w ujęciu Gauquelina tylko pięć), oraz pewna liczba wyrazistych grup cech wyznaczonych przez aspekty planet - wydawał mi się najdoskonalszy i dużo wyżej rozwinięty niż to, co proponowali psychologowie. Tak było do chwili, gdy dzięki książce Helen Palmer zapoznałem się z systemem enneagramu. Przypomnę tylko, że jest to system dziewięciu typów, numerowanych od jednego do dziewięciu, ale (co się bardzo chwali) nie mających nic wspólnego z kabalistyczną (lub post-kabalistyczną) numerologią. Do którego typu kto należy, to ustala się empirycznie - zależy to od tego, jak kto się zachowuje w pewnych typowych sytuacjach, oraz (co jest ważne dla praktyki terapeutycznej) wokół jakiego osiowego kompleksu jego osobowość została ukształtowana.

Astrologia musi zostać skonfrontowana z enneagramem! Mnie samego zapoznanie się z tą teorią wpędziło w dysonans poznawczy i w twórczy (mam nadzieję) niepokój. Przede wszystkim oczywiste jest, że enneagram działa. Jest to rzeczywiście sprawny system klasyfikacji ludzkich charakterów, a na pewno sprawniejszy niż dwanaście znaków astrologii. Wiele lat temu mój kontakt z astrologią zaczął się od tego, że przeczytałem charakterystyki znaków zodiaku Leszka Szumana. Byłem wtedy studentem biofizyki i do astrologii na starcie zniechęciło mnie (choć ta niechęć nie trwała długo...) to mianowicie, że wśród dwunastu rozdziałów w książeczce Szumana nie znalazłem takiego, który pasowałby do mnie! Nie znałem wtedy jeszcze wszystkich swoich urodzeniowych planet; wiedziałem tyle, że według pozycji Słońca należę do znaku Barana - i nijak ten Baran nie był mi bliższy niż choćby Bliźnięta, Panna, Wodnik czy Ryby. Pewne cechy Barana wydały mi się wręcz sprzeczne z moimi i dotąd - przejrzawszy w międzyczasie astrologię niemal na wylot - zdania nie zmieniłem. (Nie jestem porywczy ani gwałtowny, sport mnie nigdy nie pociągał, a ścigać się wręcz nie znoszę.)

Oczywiście takie impresje zawsze są przypadkowe i powierzchowne, ale to przecież nie wszystko... Każdy, kto zajmował się astrologiczną syntezą, to znaczy próbował z cech i typów wynikających z położenia Słońca, Księżyca, pozostałych planet, ascendentu, z aspektów i jeszcze na dodatek domów horoskopowych zbudować prawdopodobny obraz osobowości klienta - wie jak to zadanie jest niewdzięczne. Każdy element horoskopu mówi zazwyczaj co innego - na przykład Słońce w Lwie wskazuje na ekstrawersję, a jednocześnie Księżyc w Koziorożcu to (zupełnie odwrotnie) oznaka ludzi psychicznie schowanych. Astrologiczna synteza przypomina mieszanie farb: Słońce w Lwie jak soczysta czerwień, Księżyc w Koziorożcu niby ciemny błękit, jeszcze trochę zielonego od Wenus na ascendencie, trochę czerni od opozycji Jowisza i Saturna - mieszamy, co wyjdzie - wynikiem jest bura zupa! Niestety, to prawda. Z większości horoskopów taka substancja wychodzi - albo trzeba budować obraz osobowości łaciatych, złożonych z psychicznych biegunów; ludzi, którzy są raz tacy, raz owacy, ale większość takich sprzecznych twierdzeń (że ktoś raz jest bardziej smutny, a raz bardziej wesoły) to zwykłe banały, wobec których cała ta wyrafinowana aparatura astrologii jest niby strzelanie z armat do wróbli.

W przeciwieństwie do tego w systemie enneagramu panuje programowa przejrzystość. Istnieje dokładnie jeden typ właściwy danemu człowiekowi: nie można być w 30% siódemką-epikurejczykiem (używam tu terminologii H. Palmer) a w 70% ósemką-szefem. Jest się albo siódemką, albo ósemką. Twórcy enneagramu wyodrębnili taki zestaw cech i mechanizmów psychicznych, które działają na zasadzie albo-albo. Co więcej, z teorii tej wynika, że każdy typ ma mechanizmy gwarantujące jego strukturalną (jakby powiedział matematyk) stabilność. Bycie na przykład ósemką-szefem można sobie wyobrazić jako pobyt w pułapce (albo jeżeli posłużyć się terminem fizyki, w jamie potencjału), to znaczy gdy ktoś próbuje zachowywać się jak nie-ósemka, włączają się określone mechanizmy obronne, dzięki którym jednak ów ktoś odnajduje się w końcu jako ósemka. Osią systemu enneagramu jest idea, że nie można, świadomie lub przez, powiedzmy, lenistwo, naśladować nie swój typ.

Procedura enneagramowej psychologii jest więc taka, że przez pewne testy, rozmowy i obserwacje odkrywa się, do którego typu dany człowiek należy. Przynależność do określonego typu jest kolejnym punktem wyjścia: znając swój typ można przewidzieć swoje zachowanie w mnóstwie sytuacji, można spojrzeć więc na swoje życie niejako z zewnątrz, oraz można zaprojektować właściwą dla siebie terapię - albo, ogólniej, drogę rozwoju.

Otóż stan powyższy jest nieosiągalnym marzeniem dla astrologów. Ucząc się astrologii rychło doszedłem do wniosku, że czyste typy zodiakalne i planetarne nie istnieją, a co więcej nie należy oczekiwać od ludzi, żeby byli czystymi Baranami, Bykami, czy też czystymi jowiszowcami - bo w ogóle nie tędy droga. W istocie typy astrologii są czymś abstrakcyjnym, są ledwie surowcem do syntezy, do odtworzenia obrazu osobowości z horoskopu. Ale ta synteza, jak napisałem przed chwilą, bardzo przypomina uzyskiwanie koloru khaki przez mieszanie czystych barw.

Z chwilą gdy Oscar Ichazo i Claudio Naranjo stworzyli enneagram, astrologia stanęła przed wyzwaniem: jak to zrobić, aby z horoskopu odgadnąć typ enneagramowy? Pozostaje mi tylko zasygnalizować ten problem, bo według mojego rozeznania wyników na tym polu nie ma żadnych. [Dopisane po 7 latach: Wyzwania ze strony enneagramu astrologowie nie przyjęli do wiadomości. Druga strona też: przez kilka lat czytałam ennagramową prasę i nie było żadnej publikacji o związkach eneneagramu z astrologią.]

Lepsze jest wrogiem dobrego. W myśl tej zasady enneagram każe być nieufnym wobec typów astrologicznych. Gdy studiuje się typy enneagramu, co chwila wprawdzie powstają skojarzenia z astrologią, ale uderzające jest, że pewne cechy są inaczej grupowane przez astrologię i przez enneagram. Tak na przykład podczas lektury opisu siódemki-epikurejczyka wyobraźnia astrologa stale się waha: czy tu jest mowa o Bliźniętach, czy o Wadze? A może o Wodniku, albo o Lwie? Podobnie opis jedynki-perfekcjonisty nasuwa skojarzenia z Koziorożcem, ale i z Panną, albo też ogólniej - z typem powstającym pod wpływem dominującego Saturna. Zachodzi również coś odwrotnego: osobowość zodiakalnej Panny odnajdujemy u sumiennej jedynki-perfekcjonisty, ale i u sprawnej trójki-wykonawcy, jak również u wycofanej, utrzymującej dystans piątki-obserwatora, głównego intelektualisty enneagramu. Cechami innego znaku, Skorpiona, znowu obdarowano dwa typy enneagramu, poza tym niepodobne: są to ósemka-szef i szóstka-adwokat diabła. Konfrontacja enneagramu z astrologią prowadzi do nieuchronnego wniosku: jeden z tych dwóch systemów musi być nieprawdziwy, czy mówiąc delikatniej: mniej doskonały, a przy tym mylący. I raczej nie jest to enneagram...

Wydaje mi się prawdopodobne - i to co powiem, tłumaczyłoby powyższy wniosek - że typy astrologii powstały w wyniku systematycznych błędów w obserwacji. Wyobraźmy sobie kogoś, kto bada ptaki wydające głosy o świcie. Tak się jednak składa, że przez tę okolicę przejeżdża około szóstej rano pociąg, który gwiżdże. Obserwator widzi koguta otwierającego dziób i słyszy gwizdek lokomotywy... Tak można sobie wyobrazić powstawanie typów astrologii. Wydaje mi się również, że od podobnych błędów mógł nie być wolny w swoich pracach nawet Michel Gauquelin.

Skupmy się na przykładzie znaku Panny, który kojarzył się z trzema aż typami enneagramu. Może być tak, że pewne sytuacje horoskopowe, kiedy Słońce, Księżyc, albo nawet któryś z postulowanych czułych punktów znajduje się w znaku Panny, sprzyjają uformowaniu się nie jednego typu osobowości w myśl enneagramu, ale trzech typów. Ale astrologowie nie dostrzegali osobowości w pełni ich wymiarów, lecz tylko poszczególne cechy - że ktoś jest pracowity, pilny, ma uzdolnienia ścisłe, jest sumienny oraz podatny na wyrzuty sumienia, a także introwertyczny, wycofany i pełen dystansu. Te cechy uogólnili i utworzyli z nich typ Panny, zaś Gauquelin, posługując się inną procedurą badawczą, stworzył podobny typ człowieka saturnowego. Tymczasem przeoczono fakt, że cechy te zostały wniesione do typu przez różnych osobników i wcale nie muszą się mieścić w jednej osobie ze znaku Panny!

Mogę już w tym miejscu naszkicować plan zajęć przyszłej, ścisłej astrologii. Pierwszym zadaniem byłoby zebranie odpowiednio obszernej kolekcji planetarnych wzorców osobowości - ale nie horoskopów urodzeniowych, ale układów czułych punktów, zrekonstruowanych na podstawie tranzytów w typowych zdarzeniach życiowych. Byłoby to mapy punktów rządzących rytmem życia, rozwojem w czasie. Punkty te nie mówiłyby jeszcze nic o typie osobowości. Drugim etapem byłoby określenie, jakimi typami enneagramowymi są badani ludzie. Być może na poziomie czułych punktów dałoby się uchwycić związki między strukturą horoskopu a przynależnością do klasy enneagramu. Takie zszycie enneagramu z biografiami ludzi byłoby - jak mi się wydaje - mocnym punktem wyjścia do krytycznego, naukowego, ścisłego odtworzenia na nowo starej wiedzy o planetarnych wpływach.

(W.J., w Zakopanem 30 grudnia 1995, koniec o godz. 15:20)

Książki wzmiankowane w tekście:

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.