Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2008-05-29

Wojciech Jóźwiak

Anekumena i jej bogowie


Anekumena to ziemia niezagospodarowana przez ludzi. An to przeczenie identyczne z naszym nie, angielskim un, łacińskim in. Oikoumene („ekumena”) to po grecku gospodarstwo, a także okolica zaludniona i zagospodarowana, obszar cywilizacji. Słowem tym określano też Państwo Rzymskie. Rdzeniem jest tu greckie słowo oikos, dawniej woikos, co było tym samym, co nasze (słowo) wieś. Wieś jako miejsce zasiedlone i zagospodarowane, siedziba ludzi, przeciwstawiona bezludziu, dziczy, pustkowiu, ziemi nieurządzonej – czyli właśnie (z grecka) anekumenie.

Ekumena była blisko, anekumena daleko: „za górami, za lasami”, „za siódmym morzem”, a przynajmniej, jak w ludowych polskich pieśniach „z tamtej strony jeziora”, „z tamtej strony sadu”. Ekumena była znana i właśnie znaność, swojskość i zrozumiałość były jej atrybutem, anekumena zaś, przeciwnie, była nieznana, niewiadoma, niepojęta i tajemnicza. Ekumena kojarzona była z życiem, była domem życia, ojczyzną ludzi – anekumena zawsze natrętnie kojarzyła się ze śmiercią.

Żeby zrozumieć dawne czasy, a także to z naszego myślenia, co się wtedy uformowało, trzeba koniecznie umieć sobie wyobrazić świat podzielony na ziemię bliską, znaną, swojską i życiodajną – ekumenę – ciasno dookoła otoczoną daleką, nieznaną, niepojętą i śmiertelnie zagrażającą anekumeną.

Anekumenę zamieszkiwali nie-ludzie, wśród nich dzikie zwierzęta-bestie, duchy, zmarli i bogowie. Anekumena, odróżniona od „tego” świata, utożsamiana była z Tamtym Światem, z zaświatami. Jeśli żyli tam ludzie, postrzegani byli oni jako tajemnicza i groźna kategoria: Obcy. Ich człowieczeństwo było podejrzane, ale przez kontakt z dziwną mocą anekumeny przypisywano im czarodziejskie niezwykłe moce. Dlatego wędrowni – przybywający z anekumeny – Cyganie byli mistrzami wróżenia, bo jako mieszkańcy tamtego świata musieli znać przyszłość. Dlatego maziarze, wędrowni anekumenalni handlarze dziegciem i smarami, słynęli z tego, że znali czary i uzdrowienia. Do dziś za lepszych (od swoich, polskich) czarodziejów-uzdrowicieli uważamy Rosjan lub Tybetańczyków. Dzisiaj także za prawdziwych mistrzów duchowych uważamy przybyszów z Indii lub Meksyku, a przynajmniej z Kalifornii. Pozostałością tego archaicznego nastawienia jest szukanie duchowych wzorów i przewodników wśród szamanów z najmniej tkniętych cywilizacją ludów. Mit dobrego dzikusa, który niedawno przemienił się w mit Mądrego Oświeconego Dzikusa, ma jawne źródła w pojęciu anekumeny.

Przybyszów z anekumeny nie obowiązywała swojska moralność. Żydom pozwalano pobierać procent od pożyczek (co było grzechem u „swoich” chrześcijan), mężczyzn z obcego narodu lub rasy podejrzewano o nadzwyczajną seksualną potencję. Normanowie, osiedleni w średniowieczu na Grenlandii, swych anekumalnych sąsiadów Inuitów (Eskimosów) nazywali „łajdakami” i uważali za stwory na pół diabelskie. Co miało też ten zły (dla nich, Normanów) skutek, że nie nauczyli się od nich ich doskonalszych technik myśliwskich, i Inuici przeżyli, Normanowie nie.

Wśród Słowian, ludzi karczujących lasy pod siew, anekumena kojarzyła się z lasem, co dodawało anekumenie jeszcze jeden atrybut: ciemność. Za którą idzie też noc i cisza, razem połączone jednym: brakiem rozeznania, niewiedzą. To samo, więc obcość, zagrożenie i nasycenie śmiercią, brak rozeznania i ciszę, znajdowano w drugim miejscu: w wodzie. Więc las i woda, nie tylko dalekie obce kraje, to była anekumena naszych przodków. Zarazem woda i las, choć będące strefą śmierci, żywiły: rybami, rakami, jagodami, grzybami. Ta dwuznaczność jest ogólniejsza, bo przecież i barbarzyńcy zamieszkujący anekumenę byli śmiertelnie groźni (gdy napadali i rabowali) i życiodajni, gdy czarami uzdrawiali.

Wśród mieszkańców anekumeny wymieniłem bogów. Ten związek działał także w drugą stronę: nie tylko widziano bogów w anekumenie, w zaświatach, ale też by uczcić bogów i spotkać się z nimi na właściwym dla nich miejscu, budowano „wyspy” anekumeny! To spostrzeżenie może przybliżyć nam świat dawnej słowiańskiej rodzimej religii.

Dawni Słowianie w ogóle zaskakują nas i wydaje się, że wciąż brakuje nam kluczy do ich kultury, do ich świata. Z tego, co o nich wiemy lub domyślamy się, jawią się nam jako dziwne pomieszanie prymitywu i wyrafinowania. Cywilizacyjnego zacofania – i zdumiewającej, w szczegółach, „nowoczesności”. Byli niewątpliwie prymitywni: nie znali pisma, chociaż tam, gdzie krzewiciele chrześcijaństwa byli uprzejmi pisać w ich własnym języku, szybko przyjmowali nowy wynalazek – vide listy na brzozowej korze w Nowogrodzie. Długo obywali się bez hierarchicznej władzy, bez dziedzicznych władców, bez państw: znali tylko wojenną demokrację i autorytet wiecu i doraźnych wojennych wojewodów. Władcza terminologia w naszych językach jest obca: słowa książę, król, pan, hrabia, hetman, szlachta to oczywiste obce zapożyczenia. Wydaje się, że nawet zorganizowanie w plemiona było późnym wynalazkiem, i np. mieszkańcy większej części Polski stali się poddanymi książąt Piastów nie zaliczywszy wcześniej etapu życia plemiennego. Broń, domostwa, garnki – tu także archeolodzy znaleźli regres w porównaniu z wcześniejszą epoką wpływów Rzymu.

Z tym prymitywizmem kłócą się przejawy wyrafinowania. Słowianie, a przynajmniej ich wojenna elita, wypracowali precyzyjny system nadawania imion, przy czym imię było magicznym życzeniem, ściągającym na młodego nosiciela imienia pożądane cechy. Oto Radogost („Ardagastes” który w 589 r. najechał bizantyjskie posiadłości) miał radować lub radośnie przyjmować gości, ale Budzigost – eponim Bydgoszczy – miał gości budzić, a raczej nie pozwalać im zasnąć! Wyobraźmy sobie stan umysłu rodziców lub rodowej starszyzny, która dziecku nadaje życzące imię: „obyś swym gościom nie dawał spać!” Prymityw nie wymyśli takiego imienia.

Inaczej niż to było u sąsiadów-Niemców i Skandynawów, Słowianie nie mieszali do imion zwierząt, jak również bogów ani sprzętu. „Imioniska” w rodzaju Wilk, Łabędź lub Lis, które z czasem stały się nazwiskami lub herbami, były raczej nieformalnymi przydomkami. Nie było i chyba nie mogło być wśród Słowian rodzimych imion takich jak Wolfram („wilko-kruk”), Bernhardt (Bernard, Biernat – „silny jak niedźwiedź”), ani Ingwin („przyjaciel boga Inga”). Nie mogło być imienia Mieczysław, które wymyślono później i sztucznie, bo „miecz” do imienia nie pasował. Z drugiej strony przez ten rygoryzm nie zachowały się w imionach ludzkich – a szkoda – imiona słowiańskich bogów.

Zauważmy też, że mimo niewielu władczych instytucji i urzędów, Słowianie, wśród nich Polacy, wykształcili obyczaj nazywania grodów i osad od imion ich „szefów”. Dowodów jest aż zbyt wiele, większość polskich miast zawiera w sobie imiona ich założycieli lub włodarzy, a tylko przez powtarzanie przestaliśmy je zauważać. Imiona trwają, chociaż o historycznych mężach, którzy je nosili, nic nie wiemy. Krak, Poznan, Radom, Czestoch, Lub(e)l, Warsz, Sędomir, Wszerad-Sierad, Budzigost, Wrócisław, Ciechan...

Wspominam o tym, bo także stosunki Słowian z bogami i życiem pośmiertnym wykazują podobne wyrafinowanie. Prosty, rzec można, prymitywny, ale zarazem w prostocie wyrafinowany, był słowiański obyczaj pogrzebowy. Ciała zmarłych palono, a popioły rozsiewano na świętych miejscach, „uroczyskach” – czyli „miejscach umówionych”; jeszcze jeden ślad dawnej rodzimej wiary. Brak troski o skonkretyzowaną w kamieniu i budowlach pamięć zmarłych prawie na pewno wiązał się z wiarą w reinkarnację. Skoro umarły miał wrócić na nowo się rodząc, to nie powinno się zostawiać po nim niczego materialnego, co by mogło podziałać jak ciężka kotwica, więżąca go w przeszłości, spinająca go z życiem właśnie minionym.

W ogóle gdy przegląda się religie świata, widać wśród nich lgnięcie do dwóch przeciwnych biegunów: rozbuchanej obrzędowości i teatralnej ostentacji w stosunkach ludzko-boskich, a po przeciwnej stronie do ciszy, skupienia i prostoty. Nowoczesny katolicyzm bije rekordy rozbuchanej ostentacji. Dawni Słowianie mieli religię – przeciwnie – bliską drugiego bieguna skrajnej prostoty.

Tu wrócę do przerwanego wątku anekumeny i jej postrzeganiu jako właściwego miejsca bogów. By uobecnić bogów, Słowianie kreowali wyspy anekumeny. Anekumena to bezludzie – dalekość – nieznaność – niepojętość – ciemność – cisza – noc – śmierć – bogowie. Krakowianin Artur Kowalik, wybitny, z młodego pokolenia, badacz dawnej Słowiańszczyzny, dodał jeszcze jedno określenie: brak oddechu. (Kosmologia dawnych Słowian, wyd. Nomos, Kraków 2004) Co odsyła nas do innej indoeuropejskiej tradycji – jogi – w myśl pism której, oświecony jogin zaprzestaje oddychać i w tym stanie jest mu obojętne, czy z punktu widzenia zwykłych ludzi żyje czy umarł.

Na Górze Dobrzeszowskiej w Górach Świętokrzyskich w latach 1970-tych odkryto zbudowany przez Słowian kamienny rytualny krąg, w którym zdumiewające było to, że był całkiem pusty. Choć palono tam wielkie ognie, więc i regularnie bywali ludzie, nie pozostawili oni żadnych innych śladów, niczego nie zakopywali, nawet nikt z nich nie zgubił żadnego przedmiotu. Z tego braku zabytków wyłania się obraz, który sugestywnie opisał Jarosław Kolczyński: to były kręgi milczenia. (Zob.: Góry milczenia - w Tarace.) Bogów przywoływano i czczono – lub tylko czekano na nich – poprzez powstrzymanie się od zwykłych ludzkich aktywności. Zapewniano im wyspę tego, co, jak wierzono, bogowie lubią: ciszy, milczenia, zaprzestania krzątaniny.

Święte gaje Słowian-Połabian, znane z opisów niemieckich kronikarzy, gdzie czczono lokalne bóstwa, miały jeden wyróżnik: panowała tam cisza, nikt prócz ofiarników nie śmiał wejść, bogom zostawiano ich dęby na wyłączną własność.

Sakso Gramatyk, duński kronikarz, zapisał wiadomość, że w chramie Świętowita („Zuanteuith”) w Arkonie, stolicy plemienia Ranów na wyspie Rugii, stał mający cztery twarze posąg owego bóstwa, a do jego przybytku mogli wchodzić tylko wyznaczeni kapłani, którzy wewnątrz powstrzymywali się od oddechu. Więc i tu, choć krąg pod gołym niebem zastąpiła świątynia, bogów czczono tym surowszą ciszą.

I jeszcze odwołam się do świadectwa języka. Ekumena jest znana i swojska, anekumena jest... dziwna. Słowa dziw, dziwny są od indoeuropejskiego rdzenia DIV/DEV, który w łacinie dał słowa deus – bóg i divus – boski, oraz divinatio – dar proroczy; w sanskrycie słowo deva – bóstwo.

Powyższe spostrzeżenia mogą być wskazówką dla dzisiejszych miłośników dawnych bogów. Którzy zapewne nie życzą sobie, żeby ich chwalić hałasem, natrętnymi nabożeństwami, ani wymyślaniem dla nich nowych imion czy nowych literackich mitologii. Którzy gardzą wszelką ludzką nieprawdą. I którzy są, nadal, tam gdzie kończy się nasza ludzka „wieś” – oikos, a zaczyna anekumena.


Wojciech Jóźwiak



Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.