Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-02-24

Radek Ziemic

„A ja idę samotny ulicą mego miasta”

Wystawiamy z żoną jakieś książki i czasopisma na straganie, a właściwie na kilku, na jakimś jarmarku (jasny dzień, nie prześwietlony, ale jakoś tak przejrzyście jasny) i przychodzi moja dawna przyjaciółka, z którą byłem ponad ćwierć wieku temu, z jakąś znajomą której nie znam. Moja przyjaciółka zauważa, że na jakiejś półce? straganie mamy stertę egzemplarzy „Vogue'a”, ale takich jakby grubszych, podwójnych czy jeszcze większych numerów, co ją cieszy, bo jak się okazuje pisywała do tego czasopisma.

Kolejny obraz, idę prze jakąś dużą, rynkową przestrzeń miejską, by odzyskać? odebrać egzemplarze „Vogue'a”, spotykam znajomą przyjaciółki, ale jej samej nie udaje mi się znaleźć. Ciągle ta jasność przestrzeni.

Potem idę po jakichś salach wystawowych, mijam płótna z ciemnymi ekspresjonistycznymi plamami, podpisane, ręcznie, jakimś dziecinno-kobiecym charakterem pisma koloru zielonego. Szukam innych obrazów, które interesują mnie bardziej, jak mi się czasem zdarza, gdy jestem w jakiejś galerii i idę do czegoś, co znam i chcę zobaczyć jeszcze raz.

Potem dwa niezwiązane z fabułą obrazy. Płynę żaglowcem (w tamtym roku zrobiłem patent żeglarza, a w czerwcu wybieram się na pierwszy, dziesięciodniowy rejs morski). Na belce dziobowej w kształcie krzyża przywiązany jest jakiś brodacz, chyba tęgi, coś w rodzaju wygi morskiego, przywiązany rękoma do ramion krzyża. I w pewnym momencie, mimo że ma lewą rękę również przywiązaną, wykonuję nią gwałtowne ruchy w taki sposób, że długa, zwisająca z lewej strony lina owija mu się wokół ramienia. Myślę wtedy, że dzięki temu będzie lepiej przywiązany. Pamiętam też, że on krzyczy, gdy płyniemy, jest przerażony, bo uderzają w niego ogromne fale, które go zalewają. [Zastanawiałem się nawet, czy to nie był osobny sen.]

Ważną okolicznością w tym obrazie jest to, że płynę z kimś, kto mówi z żalem o długiej nieobecności bliskiej osoby, chyba ojca, nieobecności nie realnej, raczej emocjonalnej, i mówi o tym jak o stracie. Odczuwam coś podobnego, nie pamiętam już w stosunku do kogo, i ogarnia mnie silne wzruszenie.

Tą osobą, która wywołuje to uczucie, która opowiada o stracie-nieobecności, jest mój nieżyjący przyjaciel, człowiek, ktoś bardzo bliski kiedyś, nadal, z którym w następnym obrazie siedzę na platformie („pace”) samochodu, pod plandeką. To jakiś stary typ tego rodzaju samochodów, widzę w pamięci zwężającą się ku przodowi maskę, choć może to projekcja. Jest z nami mój inny znajomy, ze szkoły podstawowej. Podjeżdża bardzo blisko inny samochód ciężarowy, z jakąś kobietą z tyłu, jest zagracony, wyraźnie widzę tę kobietę i rzeczy z tyłu, coś do nie mówię. Potem mówię nieżyjącemu na jawie przyjacielowi, że zadzwonię, a znajomemu z podstawówki, żeby to on zadzwonił do mnie.

Idę ulicami, uliczkami, ze starymi, podniszczonymi domami, może są i stare, i nowe, ale takie niewykończone. W pewnym momencie mijam dwa niskie konie, które mają na sobie siodła, które być może są plamami ich umaszczenia. Te konie nieco mnie dziwią. Jeden z nich jakoś mnie wyprzedza czy idzie przez chwilę obok.

W pewnym momencie pytam ludzi na balkonie domu, który mijam, którędy do rynku. Oni coś mi tłumaczą. To cztery osoby, pamiętam mężczyznę, tęgawego, w podkoszulku, taki „himilsbachowski” klimat, może jakaś żulia, on coś mówi. Stoi z lewej, a starsza kobieta z prawej coś krzyczy. Orientuję się, że jest niewidoma, że mnie nie widzi.

Idę dalej, widzę jakiś prześwit między domami, z jakimś dawnym budynkiem, chyba kościołem, znów przestrzeń, ta widziana, jest jasna, ale tym razem rozsłoneczniona. Mam wrócić do rynku (choć wydaje się, że jest tu więcej takich przestrzeni rynkowych), tam, gdzie jest żona. Przede mną jest miasto, które jakoś niby znam i nie znam jednocześnie. Jakby w oddali widzę ten jakiś rynek. Idę.

---

Kiedy się budzę przypominam sobie swoje pierwsze deja vu, jakieś 35 lat temu, gdy z kolegami z drużyny harcerskiej pojechałem do Zaniemyśla, by zorientować się, czy okolice nadają się na obóz. Potem myślę o innym deja vu, które tak naprawdę może było wcześniejsze, ale w znanym mi dziś dość dobrze miejscu w mieście rodzinnym i zastanawiam się, czy deja vu można odczuć w miejscu znanym. Przypomina mi się, że wtedy ktoś mi tłumaczył, że to dowód na to, że żyłem wcześniej, w inny wcieleniu.

Trochę jeszcze leżę, potem medytuję, robię dwanaście powitań Słońca, i mogę o sobie powiedzieć słowami wiersza Józefa Czechowicza pt. ranek: „na cały dzień przestał być tajemniczym ptakiem” (Choć nie do końca się z tym zgadzam, bo przecież i jawa bywa snem).

---

Rozumiem ten sen jeśli chodzi o znajomych, nie rozumiem natomiast niektórych symboli: małe konie osiodłane łatami sierści, niewidoma kobieta, obrazy, łódź, belka dziobowa, która jest krzyżem, „Vogue”, którego chyba nigdy nie miałem w ręku. Labirynt miasta w miarę jasny, lubię takie niepiękne dzielnice. Książki też oswajam, bo biblioteka mi się trochę za bardzo rozrosła. :-)  Oczywiście, jak mawia znajoma psycholożka, nie powinno się samemu interpretować snów, a i przy czyjejś pomocy nie jest to wcale proste.

Radek Ziemic

Komentarzy nie ma.